sobota, 6 stycznia 2018

Nie ma klęsk ostatecznych!

Jest szósty dzień 2018 roku. Złośliwie powiem, że już niedługo nadejdzie moment, kiedy ponad połowa ludzi, którzy poczynili postanowienia noworoczne, podda się, porzuci je i będzie dalej wiodła życie, tak jakby nigdy ich nie podjęła. Nie jest to jednak do końca złośliwe z mojej strony. Albo inaczej - ta złośliwość ma na celu pobudzenie tego, kto to czyta, do myślenia na temat swojego nastawienia umysłu w stosunku do podjętych postanowień (o ile w ogóle je podjął)

"Nowy rok - nowy ja". To powiedzenie weszło na naszego leksykonu porzekadeł. Często traktujemy je żartobliwie, a kryje się za nim coś naprawdę mądrego. Spotkałem kilka osób w swoim życiu, które stwierdzają, że pierwszy dzień roku jest dniem takim samym jak każdy inny i wyrażają swoje niezrozumienie w stosunku do idei podejmowania jakichkolwiek postanowień na rozpoczynający się rok. Wszak jedyne, co się racjonalnie zmieniło, to kalendarz, zatem nie jest to właściwie żaden wyjątkowy dzień. Inni z kolei mówią, że nie należy czekać na jakiś wyjątkowy dzień, a zamiast tego zmianę zacząć od obecnej chwili.

W pewien sposób rozumiem ten racjonalny realizm. Ale człowiek to nie tylko rozum, prawda? Człowiek to też serce, a serce to siedlisko uczuć boskich: wiary, nadziei, tęsknot, inspiracji. Racjonalnie myśląc, pomiędzy 31 grudnia 2017 roku a 1 stycznie 2018 roku nic się nie stało. A jednak zamknął się pewien okres. Firmy dokonują podsumowania roku. Skończył się rok podatkowy :) Jest to pewna magiczna granica (a magia czasami wymyka się zimnemu rozumowaniu) i jeżeli odczuwamy, że coś się skończyło, a coś się zaczyna, to warto z tego ciepłego uczucia skorzystać, zamiast je racjonalizować. Jeżeli wewnętrznie odczuwamy, że jakiś okres bezpowrotnie minął, że stworzyła się przestrzeń dla czegoś nowego; jeżeli napawa nas to nadzieją, wiarą w lepszą przyszłość; jeżeli dodaje nam to otuchy, energii twórczej, to napawajmy się tym i przeobraźmy w rzeczywistość.

Często w blasku wybuchających świetlistych fajerwerków wlewa się w nas ekscytacja i uniesienie. Przypływa sił. Zaczyna nam się wydawać, że w nadchodzącym roku WSZYSTKO się zmieni, że zaczniemy przenosić góry, że każdy dzień będzie pięciem się na wysokości.

Mijają dni, a wraz z nimi nasz zapał. Postanowiliśmy codziennie "coś tam" robić. Przez pewien czas trwamy w tym, potem chęci słabną, aż w końcu przychodzi ten sądny dzień - pierwszy dzień, w którym nie wykonaliśmy owego "czegoś tam". I zazwyczaj czujemy smak porażki, wszak nie wywiązaliśmy się ze złożonej sobie obietnicy. Co gorsza - czasami rozgłaszamy nasze postanowienia i tego sądnego dnia czujemy wstyd przed tymi, którzy wiedzą. Przygniata nas to. Skutek jest taki, że po pewnym okresie wstydu wobec siebie i świata, zacieramy po sobie ślady, a postanowienie zamienia się w nicość. I dni płyną dalej tak samo, jak przez 1 stycznia.

Sięgam w tej chwili po książkę, która pomogła mi w inny sposób spojrzeć na opisany powyżej typ "porażek". Czytałem ją w 2016 roku. Wiem to, ponieważ mam w zwyczaju na końcu książki wpisywać ołówkiem datę, kiedy ją skończyłem, do czego przy okazji serdecznie zachęcam. Pomimo tego, że upłynęły już prawie dwa lata od momentu odłożenia jej na półkę, w głowie pozostało mi przynajmniej kilka cennych myśli Jedną z nich jest powtarzany przez autora przez całą długość dzieła wątek, że nie ma klęsk ostatecznych. Tak książka nosi tytuł "Nie ma kresu sukcesom, nie ma klęsko ostatecznych", a autorem jest Robert H. Schuller.

Co autor miał na myśli mówiąc, że nie ma klęsk ostatecznych? Podaje mnóstwo przykładów znanych sobie ludzi, którzy podejmowali różne postanowienia zmiany swojego życia, ot choćby - zaprzestania palenia papierosów. Kto rzucał ten wie, że to bardzo trudne zadanie. Wielu ludzi nawet po miesiącach abstynencji od tytoniu, wraca do nałogu. Dlaczego? Przychodzi taki dzień, że z różnych przyczyn, biorą do ręki papierosa, odpalają go i bum - miesiące wyrzeczenia pękły jak bańka mydlana. Co wtedy myśli palacz? "Cóż, uległem, przegrałem". Czuje, że miesiące, kiedy nie palił, to zmarnowany czas. I to zmarnowany bez sensu, skoro przecież powrócił do nałogu. Ta myśl powoduje, że pali znów i dusi w sobie myśl o ponownej próbie zerwania z tytoniem, ponieważ jego doświadczenie przekonało go, że i tak się nie uda.

I tutaj wkracza Robert H. Schuller, który w wielu mądrych i cennych słowach, powołując się na wiele przykładów wziętych z życia, sączy do umysłu czytelnika dowody na to, że palacz, który po długim okresie wstrzymywania się zaczął znowu palić, nie powinien traktować czasu abstynencji ani jako "zmarnowanego", ani tym bardziej jako "zmarnowanego bez sensu".

Powiedzmy, że nie palił przez rok, a podaję ten przykład, ponieważ mój znajomy z pracy właśnie tyle wytrwał. Jeden papieros spowodował, że się poddał. A poddał się, bo zwątpił w sens swojego zamierzenie i w siebie samego. Być może również się wstydził przez osobami ze swojego otoczenia, że wrócił do palenia. Być może nie podejmuje dalszych prób, bo nie chce się znowu wstydzić. Trudno powiedzieć, ale warto zwrócić uwagę, że to NIE JEST OSTATECZNA KLĘSKA. Nie palił rok. To bardzo, bardzo długo, a mówię to jako niestety nałogowy palacz. Ja jestem z niego dumny, on też powinien być dumny z siebie. Ten rok mógł spędzić na ciągłym paleniu, ale przecież nie palił. To jasny dowód na to, że potrafi, że zwyciężył. Przegrał bitwę, ale czy to koniec wojny. Przecież już zyskał. Zyskał rok życia bez papierosa w polepszającym się z każdym dniem zdrowiu. Tych trzystu sześćdziesięciu pięciu ciężkich dni wielorakich korzyści w żaden sposób nie da się wymazać. Nikt i nic nigdy mu tego nie odbierze. Ten rok to jego osiągnięcie. Teraz powinien próbować znowu. Jeśli się nie uda, podejmie kolejną próbę. Każdy dzień bez papierosa, to właśnie dzień bez papierosa, czyli dzień wygrany. Tak nauczyłem się myśleć o tzw. "niewypełnionych postanowieniach".

Kiedyś obiecałem sobie pisać regularnie na blogu. I czułem się zawiedziony sobą, kiedy nie udało mi się tej regularności utrzymać. Ale wciąż pisałem. Piszę. I będę pisał. Każdy opublikowany tekst jest opublikowany, prawda? Napisałem go. Ktoś go przeczytał. Być może z niego skorzystał. I świetnie, brawo ja. Udało się. I napisałem ten tekst, stworzę kolejny i następny. Ich liczba rośnie i mogę cieszyć się tym, że zrobiłem coś z mojego punktu widzenia trwałego. Być może nie teraz, być może nie za rok nawet, ale jeżeli będę uparcie tworzył, to tworzenie będzie w końcu naturalnie regularne. Moje teksty nie są też doskonałe. I nie chodzi mi nawet o to, że ktoś widzi w nich niedociągnięcia. Zawsze ktoś będzie je widział. Sęk w tym, że ja nie jestem w pełni zadowolony z tego, co piszę. Wiem, że potrafię lepiej. Mam w sobie coś z perfekcjonisty. Jestem jednak świadomy, że nie ma lepszego sposobu udoskonalenia pisania jak samo pisanie. Zatem wybaczam sobie niedoskonałości i trwam w działaniu.

Dziecko zamierza odkładać codziennie do skarbonki 1 złoty. Po dwustu dniach zapomina to zrobić, o czym przypomina sobie następnego dnia. Czy fakt, że "opuściło" dzień to taka wielka klęska? Czy wydarzenie to powinno je zniechęcić do dalszego pilnego odkładania? Czyż nie ma w skarbonce już 200 złotych?

Ktokolwiek podupadł na duchu lub w przyszłości zmierzy się ze smakiem klęski z powodu niewywiązania się z dobrych postanowień, niech umocni się myślą, którą w tym przydługim wpisie starałem się przedstawić. Głowa do góry :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz