poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Umysł Sherlocka Holmesa

W ostanim wpisie snułem rozważania na temat uważności. Najważniejszym wnioskiem jaki płynie z tych rozważań jest prosta prawda: jeżeli chcemy czerpać z chwil życia więcej doznań, konieczne jest spowolnienie prądu myśli przy jednoczesnym poszerzeniu umysłu tak, by docierały do niego impulsy ze wszystkich zmysłów.

Sir Arthur Conan Doyle - lekarz, filozof, spiritysta, wybitny pisarz, stworzył nieśmiertelną postać Sherlocka Holmesa. W jego detektywistycznych opowiadaniach wplata wiedzę na przeróżne tematy. Jednak głównym wątkiem przewijającym się przez całą serię opowieści jest hołd złożony zdolności do  obserwacji szczegółów i wyciągania celnych wniosków dzięki niezwykłej mocy ludzkiego rozumu.

Sherlock Holmes kojarzy się przede wszystkim z umiejętnością dostrzegania rzeczy, których nikt poza nim nie widzi, chociaż jest świadkiem tej samej sceny. Jego umysł funkcjonował inaczej niż umysły tych, którzy go otaczali. Sherlock Holmes do perfekcji opanował sztukę uważności.

Myśli zdecydowanej większości z nas poruszają po koleinach rutyny. Patrząc na coś wielokrotnie uczymy się postrzegać to w schematyczny sposób. Często zdumiewa nas, że małe dzieci, znane przecież z głodnej ciekawości świata, potrafią zwrócić nam uwagę na jakiś detal, na który od dawna nie zwracaliśmy uwagi, ponieważ przyzwyczailiśmy nasze umysły do pomijania go w procesie obserwacji. Pamiętam, kiedy będąc małym chłopcem, zwróciłem podczas spaceru uwagę mojego taty na fakt, że biegnący pies nigdy nie prostuje tylnych łap.

Wspomniane pomijanie szczegółów podczas obserwacji jest naturalną reakcją naszego umysłu na nadmiar bodźców. Widzimy tylko zarysy przedmiotów i uogólnione obrazy scen, bo przecież gdybyśmy byli uważni przez cały czas, skończyłoby się to ciężkim rozstrojem psychiki. Problem polega na tym, że kierowani rutyną, nie przerywamy tego schematycznego myślenia treningiem uważności i w ten sposób zatracamy umiejętność postrzegania szczegółów. To ma bardzo poważne skutki w naszym codziennym życiu. Trudno jest nam przerwać niekorzystne przyzwyczajenia, zerwać z nałogami, chłonąć nowe idee lub patrzeć na stare z innego punktu widzenia, bo przecież "od dawna wszystko dobrze wiemy na każdy temat".

W jaki sposób można zatem ćwiczyć uważność? To proste. Jesteś, drogi czytelników, gościem bloga zatytułowanego "Ciastko do kawy". Każdy mój wpis ma być dla Ciebie takim ciastkiem, które przegryzasz podczas picia kawy. Zakładam, być może naiwnie, że masz przed sobą kubek lub filiżankę wypełnioną pyszną, aromatyczną kawą. Przypatrz się temu naczyniu. Czy ma jakieś ozdoby? Czy coś jest na nim narysowane? Czy w którymś miejscu jest rysa? Może uchwyt jest ukruszony? Spójrz z zewnątrz na dno naczynia. Jest tam jakiś znak fabryczny? Z jakiego kraju pochodzi naczynie? W wielu kubkach na dnie po zewnętrznej stronie są wydrążone rowki po obu stronach. Zastanawiałeś się kiedyś po co się to robi? Którą dłonią trzymasz naczynie podczas picia? W jaki sposób układasz palce? Oblizujesz usta po wypiciu łyka napoju? To proste ćwiczenie, polegające na zadawaniu sobie pytań, można zastosować obserwując jakikolwiek przedmiot: książkę, talerz, łyżkę, cokolwiek.

Przyłapałem się na tym, że rozmawiając z kimś w cztery oczy, nie mam bladego pojęcia, jak jest ubrany. Mój umysł ocenia to jako nieistotne. Zatem ostatnio wypracowałem sobie zwyczaj picia popołudniowej kawy patrzą przy tym przez okno na wszystko, co dzieje się na zewnątrz. Spoglądam na przechodzących ludzi, na jadące samochody, szukam kształtów w chmurach, obserwuję słońce i księżyc. Staram się dostrzegać jak najwięcej szczegółów.

Trening czyni mistrza. Oczekuję więc rezultatów. Zachęcam również Ciebie do ćwiczenia zdolności obserwacji, życząc osiągnięcia w tym perfekcji Sherloka Holmesa.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Uważność, czyli dokładne wyciskanie cytryny

Jakiś czas temu, przeglądając kanały telewizyjne, natrafiłem na program kulinarny. Kucharz przygotowywał sos, w którym jednym ze składników był sok z cytryny. Aby go wydobyć używał prostego ręcznego wyciskacza. Przekroił cytrynę na pół, jedną część docisnął do wyciskacza, przekręcił niedbale kilka razy. To samo zrobił z drugą połówką, po czym oba wydrążone owoce cisnął do kosza.

Ten widok obudził we mnie refleksję. W tym owocu zostało jeszcze pewnie trochę soku, który został wyrzucony do kosza razem z resztkami. Jednak panu kucharzowi zależało na czasie. Dzisiaj kucharz musi działać na tyle szybko, żeby nie wywołać zniecierpliwienia w żyjącym w chronicznym pośpiechu kliencie restauracji. Oczami wyobraźni zobaczyłem jak ktoś w mgnieniu oka zjada sałatkę z tym sosem, przeżuwając każdy kęs tylko na tyle, aby przy połknięciu nie utknął w przełyku, a następnie biegnie do kolejnych zajęć.

Ostatnio, będąc na urlopie, postanowiłem zwolnić tempo zajęć do absolutnego minimum. Żadnego planowania wyjazdów, podróży, stresów. Zostałem w domu z bliskimi. Proste wydarzenie dało mi wiele do myślenia. Wychodząc z domu, głęboko zrelaksowany, zwróciłem po raz pierwszy od pięciu lat uwagę na rosnącą niedaleko bloku jarzębinę. Jak mogłem wcześniej się jej nie przyjrzeć? Nie zauważałem jej, ponieważ rano wybiegałem z mieszkania w drodze do pracy, a wracając z pracy do mieszkania szedłem zmęczony i zamyślony nad bieżącymi sprawami. A ta jarzębina tam ciągle stała, nie prosząc o uwagę. Gdzieś kiedyś przeczytałem pytanie: "Jak często patrzysz w niebo?". Prawdę mówiąc niezbyt często. A przecież błękit nieba pokryty chmurami w ciągu dnia jest taki piękny. Widok księżyca i gwiazd w nocy jest jak widowisko sceniczne. A ja nie patrzę w niebo, choć mogę to robić każdego dnia i nic mnie to nie kosztuje. Zamiast tego odtwarzam w głowie różne scenariusze bieżących zdarzeń, rozmyślam o kłopotach, trudnościach. Podczas swojego spokojnego ulopu dotarła do mnie ta właśnie myśl, którą teraz będę ze sobą nosił każdego dnia. Znalazłem skarb.

Carl Gustaw Jung stwierdził: "Hałas jest z pewnością tym złem naszych czasów, które jest najbardziej nieznośne. Dołączają do niego gramofon, radio, a teraz plaga telewizji". Wielki mędrzec nie dożył czasów internetu. Miałby powód do większego smutku. Żyjemy dzisiaj w morzu informacyjnego szumu, który rozstraja naszą psychikę. Burza bodźców burzy (sic) nasz spokój. Nie znosimy ciszy. Nie potrafimy już jak poprzednie pokolenia po prostu usiąść i obserwować, co dzieje się za oknem, popijając herbatę. Nie, my musimy "odpalić" muzykę, włączyć telewizję lub radio.

Ten pośpiech sprawia, że życie z całym swoim pięknem przelatuje nam przez palce. Minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu, rok za rokiem. Brak nam czegoś, co nazywa się uważnością.

Nad tym terminem toczy się wiele debat. Każdy rozumie go na swój właśny sposób, przykładając do tego wyjątkową dla siebie filozofię. Ja nie chcę jednak tutaj dzielić włosa na czworo, lecz jedynie zwrócić uwagę na bardzo ważny aspekt uważności.

Samo słowo mówi nam coś na temat "uwagi". Na myśl nasuwa się od razu zwolnienie tempa, ponieważ robienie czegoś z uwagą tego właśnie wymaga. Kiedy przykładamy do czegoś uwagę, zauważamy szczegóły. Są to często takie detale, które nam umykają, kiedy wykonujemy tą samą czynność w pośpiechu. Spiesząc się, tracimy wiele.

Weźmy na przykład jakieś zadanie. Wykonując je w pośpiechu, jesteśmy skazani na niezbyt doskonały wynik. Pomijamy szczegóły, efekt jest pełen niedoróbek.

A co z przyjemnościami? Czy z danej czynności czerpiemy tyle radości, ile to możliwe? 

Siadamy przed talerzem, a na nim smaczna kanapka. Większość z nas "wciąga" ją szybko. Ale przecież możemy zrobić to z "uważnością". Spójrzmy na nią, zobaczmy jak smacznie wygląda. Powąchajmy. Dotknijmy. Weźmy niewielki kęs, starając się go powoli przeżuwać, rozpoznając różne smaki. Usłyszmy jak skórka przyjemnie chrupie. To jest czepianie przyjemności z jedzenia wszystkimi zmysłami. Efektem ubocznym takiego spożywania posiłków jest fakt, że najemy się mniejszą ilością jedzenia, zamiast niepotrzebnie rozpychać brzuch i obciążać układ trawienny.

Kanapka to tylko przykład. Przedstawioną zasadę możemy zastosować ciesząc się spacerem. Rozglądajmy się częściej, starając się wyłapywać szczegóły. Starajmy się zauważać rzeczy, obok których przechodzimy na co dzień mimo.

Z każdej cytryny wyciskajmy cały sok.

środa, 3 maja 2017

Chiński tasak, czyli o umiejętnym wykorzystaniu posiadanych zasobów

To było dawno temu, kiedy jeszcze miałem w domu telewizor. W weekend na jednym z programów emitowano serię filmów dokumentalnych o podróżach kulinarnych po Chinach. Bardzo lubiłem te programy. Były to jedne z niewielu moim zdaniem wartościowych rzeczy w telewizji.

Dowiedziałem się z nich między innymi tego, że dobry chiński kucharz używa w swojej pracy jednego narzędzia. Jest nim tasak. Specjaliści potrafią nim robić cuda. Kroją rzeczy na tak malutkie kawałki, że trudno sobie wyobrazić, że robią to nożem. Chińscy kucharze potrafią posługiwać się tym tasakiem w iście magiczny sposób. W naszej kuchni używamy tak wielu różnych narzędzi, podczas gdy chińczykowi wystarczy jedno. Przygotowując posiłek w Europie, zostawiamy do mycia stertę przedmiotów. Chińczyk myje tasak i po sprawie.

Pamiętam, że to dało mi do myślenia. Zafascynował mnie fakt, jak bardzo praktyczne jest stosowanie jednego prostego narzędzia w kuchni. Zaoszczędza to czas i trud. Przenosi szalę ważności bardziej na kucharza, a nie na sprzęt, jakim on dysponuje. Chiński kucharz jednym narzędziem obiera cebulę, kroi, filetuje mięso, dryluje wiśnie, i tak dalej, i tak dalej.

I, jak to zawsze jest w moim przypadku, mój umysł zaczął szukać odniesienia tego wszystkiego do naszego codziennego życia.

Kiedyś moja nauczycielka od niemieckiego z czasów liceum mawiała, że jesteśmy teraz cywilizacją producentów śmieci. Na początku mnie oburzały te słowa, ale im więcej o nich myślałem, tym bardziej zgadzałem się z nimi. Cywilizacja konsumencka (jeżeli taką cywilizację można określać w ogóle mianem "cywilizacji") charakteryzuje się przerostem zużycia nad wytwarzaniem. Zauważmy chociażby, że stare sprzęty się teraz po prostu wyrzuca, zamiast je naprawić. Naprawa się nie opłaca, ponieważ taniej kupić jest nową rzecz. A jest tak dlatego, że produkuje się buble. Dobry sprzęt służy latami. Bubel tylko przez okres gwaracji. Swoją drogą magiczne jest to, że często psuje się często prawie dokładnie po upłynięciu tego okresu.

Chiny się oczywiście zmieniają. Zaraziły się naszym konsumenckim życiem. Jednak wciąż obecny jest tam duch czasów minionych, kiedy naród ten wytwarzał cywilizację i uczył inne narody. Możnaby o tym z pewnością wiele pisać. Ja chcę natomiast zwrócić uwagę na to, że Chińczycy to ludzie nadzwyczaj pragmatyczni. Wytwarzają rzeczy, które mają na celu służyć człowiekowi, ułatwiać jego życie. Mają sprawić, by nie tracił czasu na długotrwałe wykonywanie jakiejś czynności, skoro można ją uprościć, a zaoszczędzony czas poświęcić na coś ważniejszego.

Od jakiegoś czasu jem pałeczkami. Moja rodzina to zauważyła i na moje 32 urodziny dostałem zestaw ozdobnych pałeczek ze stali. Pałeczka może być symbolem tej chińskiej pragmatyczności zaraz obok tasaka. My, nie dość, że przygotowując posiłek używamy różnych narzędzi, to jeszcze spożywamy potem posiłek widelcem i nożem. Niewiele osób zwraca na to uwagę, ale przestrzenie pomiędzy zębami widelca są siedliskiem zarazków. Nie jestem higienicznym pedantem, jednak kiedy widzę widelec, w którym pomiędzy przestrzeniami jest ciemna naleciałość, to napawa mnie to obrzydzeniem. Pałeczka nie ma żadnych zakamarków. Myje się ją łatwo, a jeszcze łatwiej osusza. Jest praktyczna i higieniczna.

Prostota w działaniu i umiejętne wykorzystanie posiadanych zasobów. Symbolem tego są chińskie pałeczki i tasak. Chińczycy potrafią robić cuda z prostych rzeczy i za to ich cenię. W sobie i swoim otoczeniu zauważyłem tendencję do zaniechania działania w oczekiwaniu na lepsze okoliczności. Ktoś na przykład lubi rysować, ale nie rysuje, bo ma słabe kredki, ołówki, papier, nie stać go na lepsze farby, itd. Chińczyk rysowałby tym, co ma, ćwiczyłby umiejętności, które tylko bardziej się rozwinął, kiedy dostanie lepsze narzędzia.

Mam do wykonania jakieś zadanie. Co robię? Patrzę na ograniczenia? Patrzę, co mi jest potrzebne, a czego nie posiadam? Czy raczej patrzę na posiadane zasoby i zastanawiam się, w jaki sposób mogę użyć tego, co już mam pod ręką? Inteligencja to umiejętność dostosowania się do sytuacji. Kiedy ruszymy głową, okaże się, że z tych niewielkich posiadanych zasobów, przy obrobinie pomysłowości, inwencji twórczej, możemy zrobić coś wartościowego.

Potrzeba jest matką wynalazku. Tak było kiedyś. Tak być powinno. Teraz potrzeba jest bodźcem, by pójść do sklepu i dokupić kolejną bezwartościową rzecz. Dorastałem w latach 90'. Nie mieliśmy wymyślnych zabawek, tabletów, komputerów. Ale potrafiliśmy wymyślić sobie zabawę i to, uważam, było bardzo fajne. Moja babcia robiła lalki z siana i bawiła się nimi świetnie z koleżankami. Dzisiejszym dzieciom zabieramy możliwość rozwoju pomysłowości, podkładając im pod nos gotowe interaktywne zabawki.

To samo dotyczy dorosłych. Kiedyś do dobrej zabawy wystarczyła talia kart do gry. Można było nią grać w wista, brydża, tysiąca, układać przeróżne pasjanse. Wszystko to było możliwe dzięki jednej jedynej talii kart. Ludzie grali, spędzali ze sobą czas, śmiali się, zdrowo rywalizowali przy partyjce, nie wykosztowując się przy tym. Dzisiaj często siedzą przed telewizorem za wiele tysięcy, który posiada coraz więcej funkcji, z których i tak nikt nie korzysta, oglądają "Taniec z gwiazdami" i "Twoja twarz brzmi znajomo". Oddają się rozrywce, podczas której umysł ludzki cofa się w rozwoju.

Na koniec postawię pewną tezę. Jestem pewien, że gdybyśmy wszyscy, każdy z nas, naprawdę ruszyli głową, obudzili w sobie pomysłowość i zaczęli wykorzystywać wszystko, co umożliwia nam technologia, to cywilizacja rozwijałaby się jeszcze szybciej. Rozejrzyjmy się po tym, co posiadamy. Pobawmy się pomysłami. Do czego jeszcze mogę użyć tej czy tamtej rzeczy? Jak lepiej mogę wykorzystać posiadane przedmioty? Może mogę znaleźć dla nich jakąś nową funkcję?

piątek, 10 lutego 2017

Codex Gigas i rozważania nad dostępem do wiedzy

Po obudzeniu się zazwyczaj poświęcam czas na przejrzenie aktualności na Facebooku. Już słyszę w swoim umyśle głosy, jakie to niskie i słabe, jak bardzo nieduchowe i nierozwijające zajęcie. Pozwólcie, że wyjaśnię. Nie każdy używa Facebooka do oglądania zdjęć kotów, fotograficznych pamiętników z wakacji swoich znajomych, przeglądania albumów wypełnionych zdjęciami bobasów od dnia poczęcia, durnych memów. Tego portalu można naprawdę używać konstruktywnie i budująco. W mojej liście aktualności wyświetlają się wyselekcjonowane wiadomości dotyczące polityki, religii, filozofii, nauk społecznych, motywujące cytaty, itd.

Dzisiaj rano pośród stosu "niusów" pojawił się artykuł poświęcony niezwykłej księdze o nazwie "Codex Gigas" (pol. "Wielka Księga"), o której czytałem jakiś czas temu z racji swoich zainteresowań.

Jest to owiany tajemnicą średniowieczny manuskrypt, który powstał w Czechach na początku XIII wieku. Oprócz Starego i Nowego Testamentu księga zawiera również: encyklopedię "Etymologiae" Izydora z Sewilli, dzieła Józefa Flawiusza, "Chronica Boemorum" Kosmasa z Pragi, traktaty poświęcone m.in. medycynie, kalendarz z nekrologiem, magiczne formuły.

Jest niezwykłym źródłem informacji nie tylko ze względu na treść, lecz także ze względu na okoliczności i miejsce powstania. Badania wykazały, że ta księga, która mierzy 91 cm wysokości, 50 cm szerokości i 22 cm grubości, waży 75 kg, składa się z ponad 300 kart, na sporządzenie których użyto skór ze 160 cieląt, została napisana przez jednego człowieka. Jednego! Według różnych teorii pracował nad nią od 10 do 30 lat. Niezwykła miłość do ksiąg i zawartej w nich wiedzy.

Księga znana jest z występującego na 290 karcie rysunku diabła. To jest jedna z bardziej tajemniczych rzeczy dotyczących tego kodeksu. Księga została napisana przez benedyktyńskiego mnicha, przechowywana w benedyktyńskich klasztorze, a zawiera wizerunek diabła, a także kilka kart z magicznymi formułami. Nie od dziś wiadomo, że benedyktyni byli znani w całym ówczesnym świecie z przechowywania ksiąg z całego świata, w tym tych poświęconych magii, kabale i alchemii. Skoro te księgi przechowywali, musieli również posiadać wiedzę dotyczącą tych tematów, a niekiedy pewnie praktykowali owe sztuki. Musisz przyznać, że to niezwykle interesujące.

Według legendy, księgę sporządził mnich, który złamał regułę zakonną i został skazany na zamurowanie żywcem. Chcąc uniknąć kary, obiecał sporządzenie w ciągu jednej nocy (!) księgi, która przysporzy wiecznej chwały jego zakonowi. Wiedząc, że nie zdoła tego dokonać, sprzedał swoją duszę diabłu w zamiar za pomoc w wykonaniu tego zadania.

Po tym obszernym wstępie przyszedł czas na rozważania :)

Cały "Codex Gigas" można przeglądać w całości w internecie. Można przeglądać karty, powiększać określone obszary, czytać, podziwiać rysunki, ozdoby. W czasach, kiedy powstawał ten kodeks, ludzie niezwiązani z duchowieństwem oraz nie obracający się w kręgach uczonych nawet nie wiedzieli o istnieniu tej księgi. Część ludzi naprawdę zainteresowanych i wysoko postawionych wiedziała. I niewielka garstka spośród tych ostatnich widziała to dzieło. A dzisiaj? Dzisiaj każdy może sobie je obejrzeć. Ktokolwiek. Młody, stary, mężczyzna, kobieta, wykształcony, niewykształcony, biedny, bogaty. Każdy, kto tylko chce.

Pomyśl, jaki był dostęp do wiedzy w XIII wieku. Musiałbyś złożyć śluby, zostać mnichem, mieć dużo szczęścia, aby znaleźć się w zakonie, który przechowywał i zajmował się księgami i podróżować w trudach po całej Europie, Azji i Afryce, aby móc zobaczyć rzadkie dzieła. Była też inna możliwość, a mianowicie być bardzo, bardzo bogatym, aby stać Cię było na zakup ksiąg. Czemu bardzo bogaty? Ponieważ jeśli chciałbyś mieć swoją księgę, ktoś musiałby Ci ją przepisać ręcznie. Zapłaciłbyś krocie i czekał miesiącami, a czasami i latami.

Ludzie dawnych czasów nawet nie marzyli, że nadejdzie taki dzień, kiedy właściwie cała wiedza świata będzie dostępna na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj mogę kupić książkę na dowolny temat i mieć ją w domu. Mogę nosić całą bibliotekę w czytniku, który jest lekki jak malutka książeczka. Mogę znaleźć dobrą lekturę na dowolny temat używając smartphone'a noszonego w kieszeni.

I, jak na ironię, uogólniając oczywiście, używamy wszystkich tych niezwykłych urządzeń do poszukiwania i prezentowania światu głupot. Nie, nie jestem przeciwnikiem rozrywki. Lubię się pośmiać aż mnie boli brzuch. Ale czy nie jest to znakiem zmierzchu cywilizacji, że WIĘKSZOŚĆ ludzi mających dostęp do internetu WIĘKSZOŚĆ czasu spędza czytając coś, co nie ma żadnej lub ma bardzo niewielką wartość jeśli chodzi o poszerzanie wiedzy o świecie? Chyba każdy z nas przyzna, że to co najmniej smutne.

Ludzie żyjący w czasach, w których powstawał Codex Gigas dostaliby gorączki, gdyby przenieśli się w czasie do współczesności i zobaczyli, jaki dostęp do wiedzy umożliwia teraz technologia. Nie spaliby po nocach, zrezygnowaliby z jedzenia i wszystkich innych przyjemności, żeby godzinami, bez znużenia, chłonąć wiedzę. A my? Co my z tą możliwością robimy?