niedziela, 29 maja 2016

Manifest zdrowego egoizmu

Żyję na tej ziemi trzydzieści jeden lat. Względne jest czy to wiele czy też niewiele. Myślę, że czegoś zdążyłem się o życiu nauczyć. Z setek przeżyć, relacji z ludźmi przeróżnymi, po opasłych tomach niezliczonych lektur swoje wnioski wyciągnąłem. I gdybym w swojej wędrówce wśród gwiazd miał dzisiaj zmienić port przeznaczenia, wyniósłbym z pobytu tutaj jedną ważną naukę, którą poniżej opisuję. Przedstawiam Ci ekstrakt z mojej krwi...

Mam w głowie taki obraz. Atomy łączą się w cząsteczki. Z cząsteczek powstają tkanki. Z tkanek narządy. Z narządów ciała. Ciała marnieją, następnie się rozkładają i wracają do ziemi. Tam rozkładają się na czynniki pierwsze, a one z kolei, łącząc się ponownie, dają życie innym ciałom. W tak krąg życia toczy się przez wieki. Z ziarna rośnie rośnie roślina, która wydaje ziarno. Ono wpada do ziemi i proces zaczyna się od nowa. A po drodze roślina pochłania z ziemi, powietrza i słońca potrzebne jej składniki. Przetwarza by żyć.

Tak samo ludzie. Jemy inne istnienia, by zachować swoje. Nasze ciało potrzebuje powietrza, minerałów, białek, tłuszczów, cukrów, witamin i wielu innych składników, by utrzymać swoje życiowe funkcje. Śniadanie, obiad, kolacja. Jesz, trawisz, wydalasz to, co okazało się niepotrzebne. Robisz to podświadomie. Nie pamiętasz, co jadłeś tydzień temu, albo z trudem to sobie przypominasz. Nie przywiązujesz do tego aż takiej wagi. Dlaczego? Bo nie żyjesz po to, aby jeść, lecz jesz po to, aby żyć. Masz cel, który unosi się ponad zwykłe przetrwanie...

Albo może nie. Może rzeczywiście żyjesz po to, aby jeść. Może rzeczywiście nie żyjesz, lecz zwyczajnie istniejesz. Trwasz. Jak to z Tobą jest? Może wstajesz rano, myjesz się, ubierasz, pracujesz, jesz, wydalasz, rozmnażasz się i śpisz. Trwasz w zawieszeniu, w tym dziwnym wirze trwania, w którym trzyma Cię pospolity strach przed śmiercią. Bo żyć dla Ciebie to znaczy nie umrzeć jak najdłużej i jak najskuteczniej.

Przeżywasz swoje radości i smutki, uniesienia i upadki. Zagubiony w iluzji życia, zastanawiasz się czasami, po co to wszystko. Dzień - byle do fajrantu, tydzień - byle do piątku, kariera - byle do emerytury, życie - byle do śmierci. Urodziłeś się i umrzesz bez celu.

Żyjesz, by mieć. Przeróżne rzeczy: wykształcenie, pracę, przyjaciół, miłość, seks, dobrą zabawę. I są one celem samym w sobie. Utożsamiasz się z nimi. Jednoczysz się z obiektem Twoich pragnień i kiedy zostaje Ci on zabrany, cierpisz jakby oderwano od Ciebie ciało i tak zaiste jest. Bo Ty i Twoje pragnienie zlały się w jedno ciało. Dlatego zazdrościsz, nienawidzisz, cierpisz...

Narkoman nie może żyć, jeśli nie przyjmie dawki narkotyku. Jego marne i smutne życie jest uzależnione od substancji chemicznej. Człowiek - korona ewolucji, bóg na ziemi, uzależnił swoje istnienie i szczęście od kupki białego pyłu.

Też jesteś ćpunem. Kochasz tylko tę jedną kobietę, bez której nie możesz żyć. Kochasz tego jednego chłopaka, który wydaje się być pępkiem Twojego kosmosu. I kto inny ją lub jego Ci zabiera. I zapadasz się w otchłań beznadziei. Świat staje się czarny jak śmierć. Obsesyjnie oglądasz jej lub jego Facebookowe zdjęcia i zdychasz z tęsknoty i bólu straty.

Miarą wielkości życia jest jego cel. Tak właśnie myślę. Dlatego właśnie drobnoustroje są najniżej w tej hierarchii. Potem są rośliny, zwierzęta, ludzie i... wybitni ludzie.

Wybitni ludzie są tymi, dla których wszystko inne istnieje. Dla nich istnieją wszystkie inne formy życia. Oni są koroną stworzenia. Oni mają cel, który jest wyższy niż cel wszystkich pod nimi. Oni wspinają się po drabinie ewolucji, tworząc plany, idee i osiągając to, co cała reszta stworzeń podziwia. Ich celem nie jest bujać się w rytm muzyki, jeść, uprawiać seks, rozmnażać się i zdobywać domy, wille i samochody. Ich cel jest subtelny, niewidzialny dla cielesnych oczu, wyśmiewany przez gmin.

Wszystko co robią i wszyscy, którymi się otaczają, służą ich wyższemu celowi. Nie dbają o stratę tych, którzy nie chcą ich wspomagać. Strząsają proch ze swoich sandałów i idą dalej.

Nie stwierdzam, że jestem wybitny, ale chcę być. Mam swój cel. Przedmioty, zdarzenia i ludzie coraz mniej są moje, a coraz bardziej mi się przydarzają. Zastanów się nad tym zdaniem. One się przydarzają. Są i potem ich nie ma. Pojawiają się, wypijam z nich życie i znikają. Zdarzenia służą mi wyciąganiu wniosków, przedmioty służą koniecznej codzienności, ludzie: źli i dobrzy, pomagają mi uczyć się i wzrastać. Ale moje oko zwrócone jest na cel, którego tożsamością się nie dzielę. Przyszło i opuściło mnie już wielu. Nie płaczę za nimi. O wielu nawet nie myślę. No może czasami. I idę dalej, podążam ku celowi.

Coraz zręczniej wychodzi mi nieprzywiązywanie się do materii. Lubię jeść, dobrze się bawić, uprawiać seks, tańczyć, słuchać muzyki, napić się alkoholu. Nie wiem dlaczego o takich jak ja myśli się jako o beznamiętnych, nudnych ludziach, którzy wiodą nędzne, bezsensowne życie. Tak myślą zwierzęta. Taka małpa pewnie śmieje się zza krat w klatce, kiedy widzi siedzącego na ławce człowieka czytającego książkę. Pewnie dziwi się, dlaczego tak jak ona, nie buja się on na jakimś drążku, a zamiast tego godzinę lub dwie gapi się w stos kartek, przewracając je jedna po drugiej. Nie ma się jej co dziwić. To małpa - nie musi tego rozumieć.

Spotkałem się z takimi ludźmi, którzy uważają moje życie za pozbawione sensu. Czasami chce mi się ich zapytać, jaki sens ma ich życie. Czasami nawet o to pytam. I po serii pytań i odpowiedzi wychodzi na to, że właściwie to oni mają poczucie bezsensu.

Pomyślisz, że głoszę egoizm. Bynajmniej, przyjacielu. Nikt nie czyni w życiu tyle dobra dla innych ludzi i zwierząt, jak wybitni ludzie. Aby dawać, trzeba najpierw mieć. Musisz być silny, aby móc ciągnąć w górę innych. Pomyśl o tym.

ciąg dalszy pewnie nastąpi...


niedziela, 8 maja 2016

Szachy czy warcaby? - czyli o naszych życiowych wyborach

Dzieci mojego rocznika właściwie nie znały komputera, tablety w ogóle nie istniały, telewizji oglądało się mało. Czas spędzaliśmy głównie na świeżym powietrzu. Kto pozostawał w domu, był uważany raczej za dziwne dziecko. Kiedy na zewnątrz była niesprzyjająca pogoda, graliśmy w gry planszowe.

Jedną z pierwszych gier, jakie poznaliśmy były warcaby. Proste zasady, nie trzeba było zbyt dużo myśleć podczas gry, szybkie partie, prawie natychmiastowe przegrane i wygrane. Szybko mi się ta gra znudziła. Prosiłem Tatę, żeby nauczył mnie grać w szachy. Na początku było trudno. Mnóstwo figur, których właściwości trzeba było zapamiętać. Kiedy już przeszedłem ten etap nauki i zacząłem grać, szybko zrozumiałem, że każdy ruch trzeba planować, ponieważ ma swoje konsekwencje. Każde posunięcie ograniczało moje możliwości lub otwierało nowe. Przegrywałem, ale wyciągałem wnioski i wciąż uczyłem się czegoś nowego. Aż w końcu wygrałem. To była wielka wygrana, okupiona ciężką i mozolną umysłową walką :) To dopiero była satysfakcja. Takiej satysfakcji nigdy nie dałyby mi warcaby.

Ostatnio przeprowadziłem szereg rozmów z moimi znajomymi. Dzielili się ze mną swoimi problemami, a to zawsze rodzi we mnie współczucie i chęć zrozumienia. I zawsze po takiej rozmowie zastanawiam się, skąd wziął się dany problem, jaka jest jego przyczyna, a potem myślę szerzej o naturze ludzkich problemów.

Przedwczoraj oglądałem film pt. "Efekt motyla". Zaczyna się on cytatem, który brzmi mniej więcej tak:

"Mówi się, że coś tak nieznacznego jak trzepot skrzydeł motyla może w efekcie doprowadzić do powstania tornada na drugim końcu świata"
Ogólnie film opowiada w bardzo interesujący sposób o tym, jak nasze wybory kształtują nasze życie i jak wprowadzenie zmian w swojej przeszłości mogłoby diametralnie zmienić przyszłość.

Jeśli się nad tym głębiej zastanowić i przestudiować nasze wybory z przeszłości, widzimy że nawet niewielkie wybory skierowały ster naszego życia w zupełnie inną stronę. I kształt naszego obecnego życia jest sumą tych wszystkich wyborów.

Co do tego wszystkiego mają warcaby i szachy?

Rozglądając się po świecie i obserwując życie wielu ludzi dochodzę do wniosku, że pomimo pozornej dojrzałości ciągle grają z życiem w warcaby. Dokonując wyborów, kierują się impulsami, instynktami, nagłymi bodźcami, są krótkowzroczni i niezapobiegliwi. Biją na oślep, szamoczą się. Najczęściej przegrywają i winią za to cały świat, tylko nie samych siebie. A winni są całkowicie oni sami, bo nawet jeśli natrafili na niesprzyjające okoliczności, nie ocenili ich rzetelnie, nie postanowili się im przeciwstawić, tylko jak małe dzieci, rzucili się w wir zabawy. A końcem tego jest zatracenie, płacz i zgrzytanie zębami, ból, rozczarowanie, klęska... Kiedy jakimś cudem wygrywają, nie przynosi im to satysfakcji i zaczynają nową partię.

Ciągle głodni życia, niepohamowani w pragnieniach... Widzą tylko najbliższe "bicie". Chcą seksu - biorą co się nawinie. Związek - prawdę mówiąc właściwie z byle kim. Chcą małżeństwa - biorą najłatwiejszą nadarzającą się możliwość. Chcą dziecka - robią i tyle. Chcą mieszkania - biorą kredyt. Studia - tam gdzie koledzy. Praca - a jakakolwiek. I absolutnie ich nie krytykuję. Absolutnie nie. Szkoda mi ich i chciałbym, żeby ich życie było harmonijne i szczęśliwe.

Żeby w życiu osiągnąć coś trzeba zagrać z nim w szachy. To trudna gra. Trzeba poznać jej zasady. Czasami trzeba poznać, jak działają "figury", kto jest kim i jak się zachowuje. W szachach jest cel - trzeba unieruchomić króla. Pomiędzy początkiem gry a tym właśnie celem, dzieją się różne rzeczy. Przeciwnik może zbić więcej pionków, a Ty i tak wygrasz. Często wygrywasz nawet w beznadziejnej sytuacji. Wszystko zależy od Twojej umiejętności oceny sytuacji, od umiejętności wyobrażenia sobie przyszłości, od oceny, czy dany wybór jest korzystny czy nie. Jednym słowem: od intelektu.

Na początku myślałem, że jak zbiję Tacie jak najwięcej figur, to wygram. I przegrywałem. Raz za razem. Nie dawał mi wygrywać, bo wiedział, że tak niczego się nie nauczę. W życiu też nie dawał mi wygrywać. I dzisiaj jestem mu za to wdzięczny.

Na początku patrzyłem, jak ludzie zbijają kolejne figury, zbierają te małe zwycięstwa. I wydawało mi się, że oni wygrywają z życiem. A potem widziałem, jak upadają, jak marnują sobie życie. I dorastając, zrozumiałem, że życie ma dalekosiężny cel. Pojąłem, że chcę powiedzieć "szach-mat" przeciwnościom losu.

Ciągle uczę się grać w życiu w szachy. Wciąż popełniam mnóstwo błędów. Życie jest wymagającym przeciwnikiem. Świat jest prawdziwym Kasparovem. Ale partia trwa...