poniedziałek, 29 lutego 2016

Food for thought, czyli o poszerzaniu intelektualnego menu

Mam zwyczaj systematycznego czytania czegoś po angielsku. Robię to od wielu, wielu lat, lecz nie zawsze tak było...

Początkowo było nie najlepiej. Kupiłem sobie pierwszą książkę po angielsku i szło nadzwyczaj topornie, choć z angielskim w szkole nie miałem problemów, uczyłem się go wtedy już od 12 lat i miałem dobre oceny, co nie wystawia dobrego świadectwa polskiemu szkolnictwu... Ale nie o tym miałem pisać :)

Ze słownikiem w ręku i w pocie czoła czytałem stronę po stronie. Było mi trudno, bo przeszukując słownik traciłem wątek w książce, jednak postanowiłem wytrwać. Dzień po dniu znajdowałem czas na lekturę po angielsku. Minęło wiele lat odkąd to praktykuję i teraz potrzebuję słownika niezwykle rzadko. Wytrwałość, jak zawsze, gdyż jest to prawem, została nagrodzona. Marzę o takiej wytrwałości w prowadzeniu niniejszego bloga, bo jeśli tu zaglądasz, to wiesz, że jest to pierwszy wpis po ponad miesięcznej przerwie. Życzę sobie, aby pomimo natłoku pracy i obowiązków, znajdować czas na pisanie robiąc to tak wytrwale jak wtedy, kiedy pomimo piętrzących się trudności, czytałem stronę po stronie mojej angielskiej książki.

Kilka dni temu podczas czytania natrafiłem na sformułowanie "food for thought". Zgrabnie można to przetłumaczyć jako "materiał do przemyśleń" czy też "to, co daje nam do myślenia". Dosłownie oznacza to jednak "pokarm dla myśli". Od razu spodobało mi się to potoczne, choć poetyckie określenie i postanowiłem podzielić się z Tobą swoimi rozważaniami na ten temat.

Co może być takim "pokarmem dla myśli"? Może nim być cokolwiek, co nasz umysł może jeść: plotka, opowieść, artykuł, książka. Coś słyszysz lub czytasz i zaczynasz to rzuć - rozmyślasz o tym. Umysł następnie zaczyna to trawić: analizuje, ocenia, rozsądza. A potem w taki czy inny sposób dana informacja zostaje wchłonięta, stając się częścią Ciebie. Każda informacja wpływa na to kim jesteś, mniej lub bardziej Cię zmieniając.

"Jesteś tym, co jesz" - to prawda nie tylko w odniesieniu do fizycznego jedzenia, lecz również w odniesieniu do czegoś, co starsi od nas nazywali "strawą duchową". Żyjemy dzisiaj w morzu informacji. Za każdym razem, kiedy otwieramy nasze intelektualne usta, coś wpływa do środka i jest to zazwyczaj mało wartościowy plankton w postaci resztek przeżutego i nadtrawionego śmieciowego jedzenia. Coś takiego mamy w tabloidach, popularnych portalach internetowych, marnych artykułach i książkach pisanych na siłę za centa za stronę. To nie jest prawdziwe jedzenie. Od tego Twój umysł staje się słaby i chory. Dodatkowo informacji jest tak dużo, że się nimi przejadamy. W jednej ze starożytnych ksiąg znalazłem kiedyś określenie "otyłe serce", a w przypisie wyjaśniono to jako "umysł ociężały, niezdolny do przyjmowania informacji". To mówi samo za siebie, nieprawdaż?

Odżywiajmy się zdrowo, na litość boską. Zawsze staram się słuchać i czytać coś wartościowego. Znajduję coś, co będzie stanowiło dla mnie "food for thought" - "pokarm dla myśli". Chcę to przeżuwać, trawić i dzięki temu wzrastać. Chcę jeść wolno i cieszyć się każdym smacznym, dobrze przyprawionym kęsem. Jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, dlaczego ludzie płacą krocie, aby posiąść umiejętność tzw. "szybkiego czytania". Takie czasy: szybkie czytanie, szybki posiłek, szybki seks... A w chwili przyjemności trzeba krzyczeć: "Chwilo trwaj". Ja przynajmniej lubię, aby przyjemność trwała dłużej...

Dygresja na początku wpisu nie była właściwie tylko dygresją, opisałem przecież w jaki sposób udało mi się poszerzyć swoje intelektualne menu o dania z kuchni angielskiej.

Smacznego :)