piątek, 8 stycznia 2016

"Jeszcze pięć minut" - rzecz o porannej prokrastynacji

Dzisiaj jest dobry dzień, aby o tym napisać, bo odniosłem jedno z niewielu zwycięstw ze znanym wszystkim przedłużaniem snu o "jeszcze pięć minut". Zdecydowaliśmy z kolegą umówić się o 5.35 rano i pojechaliśmy do pracy wcześniej niż zazwyczaj. Musiałem więc wstać o 5 i wyszedłem z łóżka bez zwyczajowej dla mnie "pięciominutowej drzemki dodatkowej". W samochodzie było zimno, ale kiedy na poboczu zobaczyłem człowieka jadącego rowerem, zrobiło się jakby cieplej :)

Kiedyś usłyszałem słowo "prokrastynacja" i tak mi się spodobało, że weszło do panteonu moich ulubionych słów. Słów, nie pojęć, bo zdecydowanie nie lubię, zwłaszcza w sobie samym, "patologicznej tendencji do nieustannego przekładania pewnych czynności na później", jak to zręcznie ujęto w Wikipedii. Jako ciekawostkę powiem, że Google nie zna tego słowa, bo kiedy piszę, podkreśla je jako błędne :)

Któż z nas nie jest winien wyłączania budzika i następnie przestawiania do na "trochę później"? U mnie jest to zwykle kwadrans. I prawie każdego dnia obiecuję sobie, że wstanę o przyzwoitej godzinie tak, aby uniknąć pośpiechu z rana. I każdorazowo, kiedy składam sobie takie przyrzeczenie powtarza się ta sama sytuacja - budzik dzwoni, ja go wyłączam, przestawiam o kwadrans i jak zwykle muszę się spieszyć. A te piętnaście minut, które przespałem, sprawić mogło, że nie będę musiał ścigać się z czasem. Najgorsze kiedy zdecyduję się nie nastawiać ponownie budzika, tylko poprzeciągać się na łóżku i budzę się godzinę później. Też się tak zdarzało.

Po co w takim razie przerywam sobie sen, powiedzmy o piątej, skoro i tak wstaję o 5.15? Mógłbym nie oszukiwać sam siebie. A co mi da ta dodatkowa piętnastominutowa drzemka? Nie ma chyba osoby, która dzięki dodatkowym kilkunastu minutom snu była bardziej wyspana. Ja przynajmniej nie czuję potem dodatkowych rezerw energii. Jestem za to zły na siebie, że ZNOWU muszę się spieszyć.

I w tym miejscu ktoś może się spodziewać, że spróbuję odpowiedzieć na pytanie: "Co mogę zrobić, aby z tym skończyć?". Sprawa jest prosta: skończ z tym! Gdybyś mnie zapytał, jak się robi dobrą jajecznicę, to mógłbym zdradzić przepis, bo to wymaga jakiejś tam wiedzy. Tymczasem poradzenie sobie z nałogiem bezsensownego przedłużania snu nie wymaga żadnej wiedzy. Konieczne jest działanie. Dzwoni budzik, wyłączasz go i wstajesz. Jeśli nie wychodzi, próbujesz następnego dnia. I tak aż do momentu, kiedy wstawanie po pierwszym budziku wejdzie w nawyk.

Zakończę pewną ciekawostką.
"W Twoim wnętrzu kryje się niewyczerpana skarbnica. Zaglądaj do niej w poszukiwaniu odpowiedzi na potrzeby serca. Tajemnicą wybitnych ludzi wszystkich epok jest umiejętność kontaktowania się z podświadomością i wyzwalania jej mocy. Teraz Ty poznałeś tę tajemnicę i możesz z niej korzystać. Twoja podświadomość zna rozwiązanie wszelkich problemów. Jeżeli przed zaśnięciem powiesz jej: "Chcę się obudzić o szóstej rano", obudzi Cię punktualnie"
"Potęga podświadomości" Joseph Murphy, wyd. Świat Książki

Pogrubione zdanie zdaje się nie pasować zupełnie do reszty. I rzeczywiście może się tak wydawać, bo ten tekst jest po prostu podsumowaniem rozdziału. Zdecydowałem się ująć w cytacie poprzedzające zdania, bo nadają delikatnego kontekstu. Poza tym reszta tekstu stanowi sporą inspirację do zapoznania się "Potęgą podświadomości" Josepha Murphy'ego.

Tymczasem może warto z ciekawości zastosować tę technikę? Może powiedziałbym sobie dzisiaj przed snem "chcę się obudzić o szóstej rano" i ? Spróbuję, ale nie dzisiaj :) I to nie przez prokrastynację, ale dlatego, że właśnie zaczął się weekend :)

1 komentarz:

  1. Ja pokonałam ten zgubny nawyk :-) Na poczatku jest trudno lecz naprawde warto, wreszcie mozna na spokojnie naszykowac sie do pracy :-)

    OdpowiedzUsuń