niedziela, 17 stycznia 2016

Myśl ubrana w słowa

Miałem okres w swoim życiu, kiedy uważałem nauki humanistyczne za niepotrzebne, a nawet szkodliwe dla człowieka. To było mniej więcej na początku liceum. Wybrałem sobie ścisły matematyczno-fizyczny profil nauki, bo sądziłem, że cywilizację budują inżynierowie i technicy. Ukułem też razem z bratem ciotecznym powiedzenie "humaniści są zakałą świata", bo wydawało mi się, że gadają i gadają i nic z tego pożytecznego nie wynika. Nie czytałem lektur, a jedynie opracowania, które żartobliwie nazywałem "książkami w wersji demo". Do tej pory uważam, że duża część dzieł omawianych w szkole, to takie książki, których nikt by nie czytał, gdyby nie znalazły się na liście lektur, ale moje podejście do słowa mówionego i pisanego uległo rewolucyjnej zmianie.

Przyszedł czas, kiedy zafascynowałem się czytaniem. Moja miłość do książek pojawiła się w postaci małej iskierki, która błyszczała nieśmiało i miarę upływu czasu zapłonęła żywym, trawiącym moje serce płomieniem.

Język jest niesamowitym wynalazkiem. Ośmieliłbym się zaryzykować stwierdzenie, że to nie wynalazek koła sprawił, że cywilizacja zaczęła się toczyć. Najważniejszym odkryciem człowieka jest mowa i jej pochodna - pismo. Dlaczego? Bo możemy zamykać swoje myśli, idee, pomysły i wreszcie emocje w słowach jakby w bańce, którą następnie drugi człowiek łyka razem z jej zawartością, przyswajając to, czym chcieliśmy się się z nim podzielić. To mowa i pismo są zarzewiem ludzkiej cywilizacji. Bez nich nie byłoby żadnych odkryć: nie powstałyby piramidy i inne z siedmiu cudów świata, nie byłoby żadnych z dostępnych dzisiaj cywilizacyjnych udogodnień. Dzisiaj, w przeciwieństwie do moich licealnych lat, stoję na stanowisku, że prawdziwą cywilizacja to nie technologia, a umiejętność komunikacji, a więc myśl humanistyczna.

Nie chcę oczywiście idealizować czasów minionych, ale spójrzmy na nasz świat. Możemy prowadzić wideorozmowy z osobami oddalonymi od nas o tysiące kilometrów, mamy telefony, telewizję, niezwykłe środki komunikacji, gigantyczne budowle, rozwija się robotyka. Ale czy każdy z nas nie widzi, że coraz mniej i mniej potrafimy rozmawiać? Czytuję różne artykuły z dziedziny psychologii i wynika z nich, że u współczesnego człowieka zanika umiejętność komunikacji. Coraz mniej potrafimy mówić o swoich uczuciach, ubierać myśli w słowa.

Moją ulubioną cywilizacją jest Starożytny Egipt. Fascynuje mnie pod wieloma względami. Najbardziej podoba mi się jednak panująca wtedy zasada jedności nauki, sztuki i religii. Starano się wtedy połączyć to pozornie niemieszalne dziedziny w jednorodną całość. I kiedy studiujemy historię Starożytnego Egiptu dostrzegamy, że wywiązali się z tego zadania.

Wyobraźmy sobie cywilizację, w której sztuka i nauka działają ramię w ramię w celu uszlachetniania człowieka. To byłoby coś wspaniałego. Wydaje mi się, że dzisiaj mamy tendencję to gloryfikowania nauk ścisłych i racjonalnej części człowieka. Często odnoszę wrażenie, że ludzie uwierzyli zasadzie: "jeśli czegoś nie da się udowodnić metodą naukową, to nie istnieje". Idąc w tym kierunku za 100 lat człowiek stanie się zimnym, choć niesamowicie intelektualnie sprawnym robotem. A gdzie miejsce dla miłości, zachwytu, podniecenia, czy nawet gniewu, zazdrości czy innych uczuć zwanych negatywnymi? Człowiek bez emocji nie jest człowiekiem, a to właśnie humaniści, a właściwie tworzone przez nich dzieła, dbają o rozwój naszej emocjonalnej połowy.

Z wykształcenia i zawodu jestem chemikiem. Chemia jest chyba najmniej ścisłą ze wszystkich ścisłych nauk. Ale w duszy jestem humanistą. Moje serce bije dla sztuki. Moim życiowym powołaniem jest rozbudzać, porządkować i uszlachetniać to, co nazywamy sercem, a co leży po drugiej stronie bieguna w stosunku do rozumu.

Moja mama jest krawcową i ja też, metaforycznie mówiąc, jestem krawcem. Staram się "ubierać myśli w słowa". Pomyślmy chwilę nad tym powiedzeniem i zinterpretujmy je na sposób poetycki. Myśl jest nieuchwytna, niewidzialna, eteryczna. A słowa są dla niej jakby strojem. Zakładamy szatę na nasze myśli, dzięki czemu może ona pójść między ludzi. Nie naga, lecz ubrana na tyle, na ile nas stać. Przypomina mi się w tym miejscu film pt. "Tata duch", który oglądałem, kiedy byłem małym chłopcem. Tytułowy tata, którego rolę odgrywał Bill Cosby, zginął w wypadku samochodowym i wrócił do swojej rodziny jako zjawa. Był niewidzialny, ale jego duch był jakby "gęsty" - kiedy założył na siebie ubranie, mógł iść między ludzi, choć miejsce pod czapką było puste - wciąż był bowiem niewidzialny. Słowa są takim ubraniem dla naszych myśli.

Dbamy o to, by wyglądać jak najlepiej. W telewizji aż roi się od programów o modzie, w sieci mnożą się modowe blogi. I dobrze. Człowiek powinien wyglądać jak najpiękniej to jest możliwe. To służy jemu i jego otoczeniu. Jestem zwolennikiem piękna w każdej sferze życia, w tym w sferze wypowiadania się. A jak ubierają się Twoje myśli?

P.S. Niektórzy z nas się pewnie zastanawiają, dlaczego od ładnych kilku dni nie pojawił się na blogu żaden wpis. Otóż dlatego, że w tym względzie jestem trochę jak kobieta, która ma pełną szafę ubrań i nie wie, co na siebie włożyć. Mam pomysły, ale jakoś nie mogę się zdecydować, jak je ubrać w słowa.

piątek, 8 stycznia 2016

"Jeszcze pięć minut" - rzecz o porannej prokrastynacji

Dzisiaj jest dobry dzień, aby o tym napisać, bo odniosłem jedno z niewielu zwycięstw ze znanym wszystkim przedłużaniem snu o "jeszcze pięć minut". Zdecydowaliśmy z kolegą umówić się o 5.35 rano i pojechaliśmy do pracy wcześniej niż zazwyczaj. Musiałem więc wstać o 5 i wyszedłem z łóżka bez zwyczajowej dla mnie "pięciominutowej drzemki dodatkowej". W samochodzie było zimno, ale kiedy na poboczu zobaczyłem człowieka jadącego rowerem, zrobiło się jakby cieplej :)

Kiedyś usłyszałem słowo "prokrastynacja" i tak mi się spodobało, że weszło do panteonu moich ulubionych słów. Słów, nie pojęć, bo zdecydowanie nie lubię, zwłaszcza w sobie samym, "patologicznej tendencji do nieustannego przekładania pewnych czynności na później", jak to zręcznie ujęto w Wikipedii. Jako ciekawostkę powiem, że Google nie zna tego słowa, bo kiedy piszę, podkreśla je jako błędne :)

Któż z nas nie jest winien wyłączania budzika i następnie przestawiania do na "trochę później"? U mnie jest to zwykle kwadrans. I prawie każdego dnia obiecuję sobie, że wstanę o przyzwoitej godzinie tak, aby uniknąć pośpiechu z rana. I każdorazowo, kiedy składam sobie takie przyrzeczenie powtarza się ta sama sytuacja - budzik dzwoni, ja go wyłączam, przestawiam o kwadrans i jak zwykle muszę się spieszyć. A te piętnaście minut, które przespałem, sprawić mogło, że nie będę musiał ścigać się z czasem. Najgorsze kiedy zdecyduję się nie nastawiać ponownie budzika, tylko poprzeciągać się na łóżku i budzę się godzinę później. Też się tak zdarzało.

Po co w takim razie przerywam sobie sen, powiedzmy o piątej, skoro i tak wstaję o 5.15? Mógłbym nie oszukiwać sam siebie. A co mi da ta dodatkowa piętnastominutowa drzemka? Nie ma chyba osoby, która dzięki dodatkowym kilkunastu minutom snu była bardziej wyspana. Ja przynajmniej nie czuję potem dodatkowych rezerw energii. Jestem za to zły na siebie, że ZNOWU muszę się spieszyć.

I w tym miejscu ktoś może się spodziewać, że spróbuję odpowiedzieć na pytanie: "Co mogę zrobić, aby z tym skończyć?". Sprawa jest prosta: skończ z tym! Gdybyś mnie zapytał, jak się robi dobrą jajecznicę, to mógłbym zdradzić przepis, bo to wymaga jakiejś tam wiedzy. Tymczasem poradzenie sobie z nałogiem bezsensownego przedłużania snu nie wymaga żadnej wiedzy. Konieczne jest działanie. Dzwoni budzik, wyłączasz go i wstajesz. Jeśli nie wychodzi, próbujesz następnego dnia. I tak aż do momentu, kiedy wstawanie po pierwszym budziku wejdzie w nawyk.

Zakończę pewną ciekawostką.
"W Twoim wnętrzu kryje się niewyczerpana skarbnica. Zaglądaj do niej w poszukiwaniu odpowiedzi na potrzeby serca. Tajemnicą wybitnych ludzi wszystkich epok jest umiejętność kontaktowania się z podświadomością i wyzwalania jej mocy. Teraz Ty poznałeś tę tajemnicę i możesz z niej korzystać. Twoja podświadomość zna rozwiązanie wszelkich problemów. Jeżeli przed zaśnięciem powiesz jej: "Chcę się obudzić o szóstej rano", obudzi Cię punktualnie"
"Potęga podświadomości" Joseph Murphy, wyd. Świat Książki

Pogrubione zdanie zdaje się nie pasować zupełnie do reszty. I rzeczywiście może się tak wydawać, bo ten tekst jest po prostu podsumowaniem rozdziału. Zdecydowałem się ująć w cytacie poprzedzające zdania, bo nadają delikatnego kontekstu. Poza tym reszta tekstu stanowi sporą inspirację do zapoznania się "Potęgą podświadomości" Josepha Murphy'ego.

Tymczasem może warto z ciekawości zastosować tę technikę? Może powiedziałbym sobie dzisiaj przed snem "chcę się obudzić o szóstej rano" i ? Spróbuję, ale nie dzisiaj :) I to nie przez prokrastynację, ale dlatego, że właśnie zaczął się weekend :)

środa, 6 stycznia 2016

"Julie i Julia", czyli kilka słów o spędzaniu wolnego czasu

W pierwszym wpisie opublikowanym na tym blogu, który dotyczył postanowień noworocznych, złożyłem deklarację, że "postaram się, aby nie zabrakło tutaj zachęty do wdrażania w życie pięknym planów". Obiecywać sobie jest rzeczą piękną. Podejmowanie postanowień jest godne podziwu. Jednak czym innym jest zaplanować, a czym innym zrealizować. Postanowienie wymaga inspiracji, do realizacji konieczne jest podjęcie wysiłku.

I tutaj często zawodzimy. Kilka dni po podjęciu decyzji o zrobieniu czegoś, nasze plany spełzają na niczym. W wielu przypadkach jest to spowodowane tym, że nakładamy na siebie obowiązek, który jest ciężarem zbyt ciężkim do uniesienia. I kiedy okazuje się, że nie potrafimy sprostać zadaniu, którego się podjęliśmy, zniechęcamy się i porzucamy plan. Często potem towarzyszy nam poczucie winy i gorzki smak porażki.

Snujmy wielkie marzenia, ale postanawiajmy mało. Jest to tylko pozorna sprzeczność. Możemy mieć bowiem wielki cel, do którego decydujemy się dojść małymi krokami. Zachęcam do wielkim marzeń, odradzam wielkie postanowienia. Postanów coś małego, wykonaj to i świętuj swoje powodzenie. Nagradzaj się. Ciesz się z małych zwycięstw. W ten sposób zachęcisz samego siebie do podejmowania kolejnych i następnych wyzwań, a kolejny krok stawiać będziesz wypełniony inspiracją płynącą z poprzedniego powodzenia.

Przypomina mi się w tym miejscu film, który oglądałem już dawno temu. Film "Julie i Julia" oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. Młoda pisarka - tytułowa Julie Powell, pracuje w biurze obsługi klienta. Odbiera telefony. Jest znużona swoją pracą i pragnie znaleźć jakąś odskocznię. Zainspirowana książką Julii Child, postanawia przyrządzić wszystkie dania na podstawie zawartych tam przepisów. Zakłada bloga, aby motywować samą siebie do dalszej pracy, a także po to, aby dokumentować swoje postępy. W końcu blog Julii Powell zostaje wspomniany w dzienniku "New York Times", co powoduje duże zainteresowanie środowiska dziennikarzy i wydawców. W ukazuje się książka kucharska na podstawie jej przepisów. Przypominam - to historia, która wydarzyła się naprawdę.

Myślę, że sama pani Julie Powell nie spodziewała się takiego obrotu spraw, kiedy przygotowywała swoje pierwsze danie. Nie myślała też o tym, że zdobędzie sławę i pieniądze. Chciała po prostu znaleźć zajęcie, które pozwoli jej zabić poczucie znużenia i wypalenia pracą. Pragnęła wrócić do domu i oddać się zajęciu, które ją fascynuje. Dla niej było to gotowanie, dla mnie tym czymś jest pisanie, dla Ciebie może to być coś zupełnie z innej beczki.

Pani Julie co prawda podjęła się trudnego zadania, ale każdy nowy dzień był dla niej początkiem, a miniony sukcesem. To ją napędzało do kontynuowania swojego przedsięwzięcia. Przepis za przepisem, danie po daniu, szła do przodu. Musiała mieć samozaparcie, za każdym razem z czegoś rezygnować na rzecz swojego postanowienia, podporządkować mu swoje życie. Ale przynajmniej nie marnowała czasu.

Zapytaj samego siebie: "ile czasu w ciągu dnia poświęcam na robienie rzeczy, z których nie mam wymiernego pożytku?". I nie chodzi mi o to, aby rezygnować z relaksu i rozrywki i pracować cały dzień. Ale czy oglądanie telewizji przez kilka godzin dziennie jest taką świetną rozrywką? Odpowiem za siebie - większość czasu spędzonego przed telewizorem uważam za stracony. Niewiele filmów, czy programów, które obejrzałem, były naprawdę ciekawe i wartościowe. Najczęściej było tak, że siadałem przed telewizorem i bezmyślnie się w niego patrzyłem. A w tym czasie można było zrobić coś ciekawego a zarazem wartościowego. Lepiej wyjść na spacer i porozmyślać. Przynajmniej wdychamy wtedy świeże powietrze. Na film najlepiej pójść do kina. Najlepiej jednak jak najwięcej swojego wolnego czasu poświęcić jakiemuś hobby.

Powiedzmy sobie bez ogródek - nie ma chyba na świecie człowieka, który mógłby powiedzieć, że oglądanie telewizji przynosi mu satysfakcję. Tak, może dać chwilę relaksu, zachwytu. Ale nie satysfakcję. Warto więc znaleźć coś, co przynosi Ci satysfakcję. To mogą być przeróżne zajęcia: gotowanie, rysowanie, pisanie, rzeźbienie, zbieranie znaczków, cokolwiek. Ważne, aby Tobie się to podobało. Naprawdę nie warto marnować całego wolnego czasu na telewizję. Zostawmy jednak już w spokoju tę biedną telewizję. Marnujemy przecież czas na bezproduktywnym przeglądaniu Facebooka i wielu innych zajęciach. Sam wiesz najlepiej, jak marnujesz swój czas.

Zachęcam Cię więc do obejrzenia naprawdę wartościowego filmu - "Julie i Julia". Na takie filmy warto znaleźć czas, bo można się czegoś cennego nauczyć. Obejrzyj, wyciągnij wnioski. Owocnego oglądania :)

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Notuj niczym Doogie Howser

Byłem wtedy małym chłopcem. Być może pamięć mnie myli, ale były to sobotnie popołudnia. Emitowano wtedy serial dla młodzieży pt. "Doogie Howser - lekarz medycyny". Opowiadał historię młodego chłopaka, który był tak wyjątkowo zdolny, że jako nastolatek został lekarzem medycyny. Niewiele już pamiętam z fabuły, ale jedna rzecz była bardzo charakterystyczna. Każdy odcinek kończył się dokładnie tak samo. Tytułowy Doogie siadał przed komputerem, włączał edytor tekstu i wpisywał krótką notatkę. Był to zazwyczaj krótki opis tego, co wydarzyło się w danym odcinku i płynące z tego wnioski. Tyle pamiętam :) Zobacz sobie przykładową scenę.

Jakiś czas temu czytałem "Faraona" Bolesława Prusa. Interesuję się historią i filozofią starożytnego Egiptu i chciałem przeczytać książkę, która pozwoli mi się wczuć w klimat tamtego miejsca i tamtych czasów. Jedna z rzeczy, na które zwróciłem uwagę, to opisy pracy i życia skrybów, czyli pisarzy. Był to ówcześnie bardzo ważny zawód. Nie tylko zajmowali się oni ryciem religijnych tekstów w kamieniu, lecz także tworzyli kroniki historyczne i dokonywali spisów: ludzi, sprzętów, płodów rolnych. Pisali i pisali :) Bardzo skrupulatnie notowali wszystko. Z ich pracy korzystali poborcy podatków, wyżsi urzędnicy i oczywiście faraonowie.

Jak się na pewno domyślasz wpis ten będzie poświęcony notowaniu.

Na początku 2014 roku kupiłem sobie gruby notatnik. Jest oprawiony w czarny skóropodobny materiał, a wewnątrz są czyste strony, bez linii i kratek, lekko żółtego koloru. Taki mi się podobał. Chciałem, aby było mi przyjemnie w nim pisać. Zainwestowałem również w dobre pióro. I zacząłem pisać. Notowałem ciekawe historie, które mi się przydarzyły, przemyślenia. Zapisywałem też postępy w czytaniu książek (a czytuję zazwyczaj kilka jednocześnie), bo zakładki potrafią się wysunąć, nieprawdaż? :) Piszę to teraz w czasie przeszłym, bo zapełniłem już wszystkie kartki i pora kupić sobie nowy notatnik.

Często spoglądam na wcześniejsze strony i przypominam sobie fakty z życia i co w danej chwili myślałem. I muszę przyznać, że pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, odkąd zacząłem to robić, to fakt, że wiele szczegółów zbladło lub zupełnie uleciało już z mojej świadomości. Gdzieś głęboko w zakamarkach pamięci wciąż są, ponieważ w chwili, kiedy o nich czytam, odżywają i ponownie nabierają kolorów.

Chciałbym zachęcić Cię do zrobienia tego samego. Kup sobie ładny notatnik - taki, który będzie się Tobie podobał. Pisz w nim piórem, długopisem, ołówkiem - czym Ci jest najlepiej. Poświęć kilkanaście minut swojego czasu w ciągu dnia, aby spisać tam choć kilka myśli. Zrób jak Doogie Howser, z tą różnicą, że nie rób tego na komputerze. Pliki elektroniczne szybko się gdzieś zapodziewają, a ładny notatnik z Twoją własną historią i przeżyciami jest naprawdę cenną pamiątką, którą kupujesz dla samego siebie i tworzysz dla samego siebie. To prezent, który robisz przyszłemu sobie. Naprawdę warto. Chwile rzeczywiście są ulotne jak ulotka, jak mówi utwór znanego kiedyś zespołu "Paktofonika". Ale dziennik pozwoli Ci je utrwalić, złapać i zamknąć, by były z Tobą na zawsze, byś po latach mógł sobie je wszystkie przypomnieć.

Dziennik jest także czymś, czemu możesz się zwyczajnie "wygadać", jak przyjacielowi. Pisanie pozwala też na lepsze skupienie myśli. Kiedy starasz się wyrazić na piśmie swój problem, zaczynasz go widzieć jakby wyraźniej, twoje myśli stają się bardziej uporządkowane. Ma to bardzo terapeutyczne działanie, bo co innego robi psycholog, jeśli nie pozwala Ci przyjrzeć się Twojemu problemowi? Dobra diagnoza pozwala na dobre leczenie. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że terapeuci są niepotrzebni. Bynajmniej. Są problemy, które wręcz wymagają konsultacji z psychologiem. Jednak wiele problemów emocjonalnych, z którymi się borykasz, wynika z tego, że nie przyglądasz się sobie, nie formułujesz problemu, a dziennik jest doskonałym narzędziem, by tego dokonać.

Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko spróbować, do czego gorąco Cię zachęcam. Nie pożałujesz :)

sobota, 2 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne - jak to z nimi jest?

Jest drugi dzień stycznia kolejnego - 2016 roku. Spacerując spotkać można jeszcze gdzieniegdzie na chodnikach i trawnikach pozostałości po sylwestrowej nocy - korki od szampana, rozszarpane wybuchem petardy i wylaną przed siebie treść żołądka. Wczoraj wielu z nas spało do późna odpoczywając po szampańskiej zabawie, inni niestety musieli udać się do pracy, ale z pewnością większość czuło specyficzny klimat pierwszego dnia nowego roku.

Racjonalnie rzecz ujmując jest to właściwie tylko zmiana kalendarza. Ostania z czterech cyfr określających rok z 5 skokowo przeszła w 6. Nie istnieje obiektywna różnica pomiędzy 31 grudnia 2015 o godzinie 23:59 a 1 stycznia 2016 minutę po północy. Prawdę powiedziawszy nowy rok powinien zaczynać się wraz z początkiem kalendarzowej wiosny, czyli 21 marca. Wydaje się to pod wieloma względami bardziej słuszna data, ale za chwilę do tego wrócimy.

Na świecie przyjęło się, że nowy rok rozpoczyna się 1 stycznia. Dodatkowo tkwi w nas głęboko wbudowane przekonanie o swoistej szczególności nocy przełomu lat, magii nocy Sylwestrowej. Mi osobiście bardzo się to podoba i uważam, że powinniśmy z tego korzystać. Lubię okres rozpoczynający się Wigilią Bożego Narodzenia, a kończący się szampańską noworoczną zabawą. Nasycam się jego klimatem, wdycham go całym sobą i cieszę się nim. Ostatnio brakuje mi do szczęścia mrozu i śniegu, ale nie ma co narzekać :)

Sylwester to wyjątkowa noc. Świadomi tego czy nie, otaczamy się wtedy symbolami pulsującego nowego życia. Kolorowo ubrani ludzie, błyszczące ozdoby, wreszcie buzujący się w kieliszkach szampan, iskrzące się w dłoniach zimne ognie i wybuchające na niebie fajerwerki. Oczekując północy w ciszy lub na głos analizujemy miniony rok, przyglądamy się naszym wyborom, osiągnięciom, porażkom, symbolicznie wyczyszczając kartę naszego życia, a po północy z radosnymi okrzykami i nadzieją witamy nowy rok.






Ciekawym starożytnym symbolicznym ujęciem naszego zachowania jest widoczny powyżej Janus - staroitalski bóg wszelkich początków, opiekun drzwi, bram, przejść i mostów. Jedna z jego twarzy patrzy w przeszłość, na to co było i przemija, druga natomiast wygląda w przyszłość, oczekując tego, co ma nadejść. Od jego imienia pochodzi łacińska nazwa pierwszego miesiąca roku - Ianuarius, która zachowała się m.in. w języku angielskim jako January. Zachęcam gorąco do pochylenia się nad tym symbolem i medytacji nad nim.

To dobrze, że możemy sobie w sposób metaforyczny pozwolić na rozpoczęcie od nowa. Upojeni szampanem i nadzieją snujemy plany na nadchodzący rok i pozwalamy sobie na powzięcie słynnych noworocznych postanowień. Każdy z nas wie, co następuje po obudzeniu się 1 stycznia. Choć nie - 1 stycznia jeszcze jesteśmy pod wpływem klimatu niedawno zakończonej imprezy. Jednak 2 stycznia, czyli dzisiaj okazuje się, że szampan zdążył z nas wywietrzeć, a razem z nim wietrzeją owe dopiero co powzięte postanowienia. I z każdym dniem wizja pięknie rozświetlających niebo fajerwerków zaczyna blednąć, kolory matowieć i płynnie przechodzimy do szarej codzienności.

Może łatwiej byłoby nam, gdyby rzeczywiście nowy rok rozpoczynał się 21 marca? Myślę, że tak. Codziennie patrzylibyśmy na topniejący śnieg i budzące się życie, odczuwalibyśmy ciepło wiosny, cieszylibyśmy się blaskiem wiosennego słońca. Wtedy być może ziarno noworocznych postanowień, zasiane w atmosferze radości, bardziej naturalnie puszczałoby pędy.

Jednak wcale nie musi być tak, że przyjemna atmosfera sylwestrowej nocy i złożone sobie samemu obietnice, zostaną zaprzepaszczone. Niech będzie tak, jak napisał Dante w "Boskiej komedii":

"Potężny płomień rodzi się z maleńkiej iskry"

O tą małą iskrę musimy jednak dbać. Nie może zabraknąć jej paliwa i tlenu. Rozniecajmy ten płomień cały czas. Pielęgnujmy go. Czujnie i pilnie wypatrujmy inspiracji. Z takim podejściem znajdziemy ją dosłownie wszędzie w otaczającym nas świecie. Postaram się, aby na tym blogu nie zabrakło zachęty do wdrażania w życie pięknych planów, rozwijania się, wzrastania.

Niniejszym rozpoczynam tego bloga :) Przyjemnego chrupania ciasteczka. Mam nadzieję, że każdego dnia nie zabraknie świeżej dostawy :)