wtorek, 1 listopada 2016

Głos zza grobu, czyli o życiu, które zwycięża śmierć

 Dzisiaj mamy dzień Wszystkich Świętych. Jest to okres, w którym wspominamy naszych zmarłych, co niniejszym uczynię...

Od kilku tygodni przeglądam książki, które należały do mojego pradziadka. Nie ma ich bardzo wiele. Kilka poświęcone jest polityce, jest "Pan Tadeusz", a reszta... To właśnie jest dla mnie wielka tajemnica, która ostatnio spędza mi sen z oczu i towarzyszy całymi dniami.

Dziadek - chłop, syn chłopa, czynny uczestnik walk zbrojnych o niepodległość w I wojnie światowej, partyzant w czasie II wojny światowej, kochany ojciec, dziadek i pradziadek, prawdziwa głowa rodziny, sędziwy mędrzec, który łagodnością zdobywał bezwzględny posłuch.

Dziadek wychował się w rodzinie chłopskiej. Prawdopodobnie skończył tylko kilka klas szkoły podstawowej. A jednak znany przez wnuków z tego, że zawsze elegancko ubrany i o nienagannych manierach, zaczytany był w książkach. Nikt już się nie dowie, jaki zwrot dokonał się w jego życiu, że z chłopa stał się dżentelmenem w prawdziwie przedwojennym stylu. Mam po nim jedynie jego odznaczenia, fotografie i oczywiście... książki.

O książkach dziadka teraz... Wspomniałem już, że oprócz polityki i "Pana Tadeusza" były inne książki. To utwory dramatyczne, powieści, prace naukowe i filozoficzne. Na początku myślałem, że po prostu lubił taką literaturę, co i tak jest dziwne, zważywszy na to, że nie miał praktycznie żadnego wykształcenia i pochodził z chłopskiej rodziny tamtych czasów. Przeglądałem te stare księgi, kartka po kartce i od razu zwróciłem uwagę, że noszą one ślady czytania. Dziadek podkreślał ołówkiem wybrane fragmenty. Fragmenty, które widocznie go interesowały i poruszały. I z tych szczątków informacji złożyłem ciekawą teorię, którą chcę się podzielić z Wami.

Utwory dramatyczne i powieści pośrednio, a często wręcz bezpośrednio krążą wokół zwycięstwa ducha nad materią i, co najbardziej mnie zdziwiło - średniowiecznej europejskiej alchemii! A moją teorię wzmacnia fakt, jakie konkretnie fragmenty podkreślał w tekście.

Człowiek z prostej rodziny, bez wykształcenia, kupował drogie książki (widać to po jakości wydania, a znam się na tym nieco) i poszukiwał zasady życia, metafizycznej podstawy bytu. Chciał dowiedzieć się, skąd jest byt, dlaczego istniejemy i wierzył najwidoczniej, że duch nad materią panuje.

Tak oto pradziadek, którego nigdy nie poznałem; który nawet nigdy się mnie nie doczekał; który nie zostawił dzienników, choć wciąż ich poszukuję, bo jestem przekonany, że istnieją; ten pradziadek przemówił do swojego prawnuka zza grobu, pozostawiając potężne dziedzictwo mnie, jako człowiekowi, który poszukuje dokładnie tego samego. A dopiero niedawno dowiedziałem się, jak bardzo jestem podobny do dziadka: moja filozofia, waleczność, nieustępliwość, upór.

Pradziadek wierzył, że życie zwycięża śmierć. Wierzył w ducha, który przenika wszystko od kamienia po potężne narody. Wierzył w wieczną Ideę, potęgę ludzkiego umysłu. Wierzył, że wysiłki ducha mogą przekształcać otaczający nas świat.

Dziękuję Ci, Dziadku. Spoczywaj w pokoju, wielka duszo...



niedziela, 11 września 2016

Możesz żyć, ale możesz też Żyć

Jaka jest różnica pomiędzy życiem a Życiem? Czy żyjesz, czy też Żyjesz, drogi przyjacielu?

Życie... Słowo, którym opisujemy bardzo wiele różnorodnych zjawisk. Używamy go w sensie dosłownym w znaczeniu funkcji życiowych, stosujemy go metaforycznie, w kontekście religijnym, filozoficznym, socjologicznym. Termin, który kryje w sobie mnóstwo znaczeń.

Starożytna greka - język filozofów i myślicieli, posiadała znacznie większy zasób słów, dzięki czemu można było opisywać skomplikowane i subtelne rzeczy w sposób bardziej precyzyjny. Mówiąc o życiu Grecy używali różnych słów. Przyjrzymy się dwóm z nich, a mianowicie: "bios" i "zoe".

"Bios" to słowo, które powinno nam się z czymś kojarzyć. Pochodzą od niego przynajmniej dwa polskie rzeczowniki: biologia i biografia. Biologia to nauka o funkcjach życiowych, nauka o komórkach, tkankach, narządach, różnorodnych organizmach. Biografia to opis dziejów danego człowieka. "Bios" oznacza po prostu życie w sensie istnienia, trwania, środków do życia, sposobu życia, przebiegu życia. "Zoe" to zasada życia, życie samo w sobie, pierwiastek życia, życie duchowe, boskie, wyższe. Życie w znaczeniu jego pełni. Grecki czasownik "zoopoieo" oznaczał ożywiać, czynić żywym i był stosowany, kiedy mowa była o budzeniu ludzkiego ducha, kreatywności.

Mamy dzisiaj niedzielę i chcąc nie chcąc żyjemy w katolickim kraju. Nie jestem katolikiem, nawet trudno mnie określić mianem chrześcijanina, a jednak potrafię docenić duchową głębię płynącą z Biblii. Posłużę się więc Biblią, by przekazać Wam słowo na tę niedzielę.

W piątym rozdziale Księgi Rodzaju czytamy następujące słowa:

"Oto rodowód potomków Adama. 
Gdy Bóg stworzył człowieka, na podobieństwo Boga stworzył go; stworzył mężczyznę i niewiastę, pobłogosławił ich i dał im nazwę "ludzie", wtedy gdy ich stworzył.

Gdy Adam miał sto trzydzieści lat, urodził mu się syn, podobny do niego jako jego obraz, i dał mu na imię Set. A po urodzeniu się Seta żył Adam osiemset lat i miał synów oraz córki. Ogólna liczba lat, które Adam przeżył, była dziewięćset trzydzieści. I umarł.
Gdy Set miał sto pięć lat, urodził mu się syn Enosz. A po urodzeniu się Enosza żył osiemset siedem lat i miał synów oraz córki. I umarł Set, przeżywszy ogółem dziewięćset dwanaście lat.
Gdy Enosz miał dziewięćdziesiąt lat, urodził mu się syn Kenan. I żył Enosz po urodzeniu się Kenana osiemset piętnaście lat, i miał synów oraz córki. Enosz umarł, przeżywszy ogółem dziewięćset pięć lat.
Gdy Kenan miał lat siedemdziesiąt, urodził mu się Mahalaleel. A po urodzeniu mu się Mahalaleela żył Kenan osiemset czterdzieści lat i miał synów i córki. I gdy Kenan przeżył ogółem dziewięćset dziesięć lat, umarł.
Gdy Mahalaleel miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Jered. A po urodzeniu się Jereda żył osiemset trzydzieści lat i miał synów i córki. Gdy Mahalaleel miał ogółem osiemset dziewięćdziesiąt pięć lat, umarł.
Gdy Jered miał sto sześćdziesiąt dwa lata, urodził mu się syn Henoch. A po urodzeniu się Henocha Jered żył osiemset lat i miał synów i córki. Jered przeżył ogółem dziewięćset sześćdziesiąt dwa lata, i umarł. 
Gdy Henoch miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Metuszelach"
(według Biblii Tysiąclecia)

Mamy tutaj biografie (przypominam, że słowo to pochodzi od greckiego "bios") potomków Adama, według Biblii pierwszego stworzonego człowieka. Co możemy powiedzieć o tych biografiach? Ja mam jeden wniosek. Długie i nudne życie. Długie i nudne. I niestety, kiedy wielu z nas w przyszłości chciałoby zasiąść do zapisania swojej biografii, nie różniłaby się ona od biografii tych oto ludzi i tysiąca nam współczesnych. Urodził się, poszedł do przedszkola, poszedł do szkoły, ukończył szkołę, rozpoczął pracę, wziął ślub, dzieci się urodziły, dzieci dorastały, a on pracował, pracował, poszedł na emeryturę i umarł. I tyle... To jest właśnie "bios". Jak wielu znam starszych ludzi, którzy nie przeżyli życia, ale je, używając neologizmu, przeistnieli. Bo nie żyli, al istnieli. Plutarch z Cheronei, który był historykiem i opisywał życie różnych ludzi, autor słynnych "Żywotów", powiedział kiedyś takie zdanie: "Trzeba żyć, a nie tylko istnieć". "Bios" to istnienie, przetrwanie, jedzenie, picie, rozmnażanie się, chorowanie, umieranie. 

W innym fragmencie Biblii, w Ewangelii Jana, w rozdziale dziesiątych, czytamy słowa Jezusa z Nazaretu:

"Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć.
Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości"
(według Biblii Tysiąclecia)

W greckim tekście na miejscu naszego słowa "życie" występuje "zoe". Przypominam jest to zasada życia, życie pełne, życie ducha, życie wyższe, życie boskie. Kim jest ów złodziej? W Biblii jest to uosobienie sił zła, chaosu, zniszczenia, destrukcji, rozkładu. Dla mnie złodziejem jest po prostu system społeczny, w którym żyjemy, suma wszystkich stosunków społecznych, przekonań i mentalności. System, w którym człowiek jest ciągle zmęczony, zabiegany, zestresowany, niszczony z zewnątrz i od wewnątrz, wypławiany, uginający się pod ciężarem buta konsumpcjonizmu, wyczerpany pogonią za Bóg wie czym, wycieńczony wyścigiem szczurów, znękany pracą ponad siły, zdołowany przez troskę o byt.

A Jezus mówi o sobie, że przyszedł, aby jego owce, jego naśladowcy "mieli życie i mieli je w obfitości". Taki był cel wszystkich duchowych nauczycieli, filozofów, myślicieli, mędrców, szamanów, proroków. Taki jest też cel mój i innych, którzy studiują sprawy ducha i są wypełnieni troską o innych. A ten cel to nieść światło, życie, pokrzepienie, wiarę i nadzieję tym, którzy są w najbliższym otoczeniu.

Ktoś ostatnio zapytał mnie po co kolekcjonuję i zatapiam się w lekturze tych wszystkich setek książek, które posiadam w domu? Po co? Otóż po to, że one wszystkie karmią mnie manną z niebios, duchowym pokarmem tak bardzo potrzebnym człowiekowi od wieków na wieki, a którego to pokarmu tak bardzo w dzisiejszych materialistycznych czasach brakuje. Chcę zbierać ten pokarm, jeść i dawać innym, abyśmy spożywali go wszyscy.

Przyjacielu, możesz żyć, ale możesz też Żyć. Możesz mieć życie przez małe "ż", ale tak naprawdę jako korona stworzenie, majstersztyk milionów lat ewolucji, jesteś powołany do tego, aby Żyć przez wielkie "Ż".

Każdy z nas musi się narodzić na nowo. Każdy musi wracać do swojej przystani, zmywać z siebie codzienność, siadać w ciszy i szukać życia. Po prostu musimy. Zdmuchujmy kurz powszedniego dnia i sięgajmy pod spód. Szukajmy życia, jego pełni, boskiej iskry i rozpalajmy ją. Znajdujmy w sobie dziecko, pozwalajmy sobie na beztroskę. Podajmy dłoń tym, którzy potrzebują. Uśmiechajmy się. Żyjmy...

środa, 27 lipca 2016

To czego szukasz szuka również Ciebie

Dżalal ad-Din Muhammad ar-Rumi (wcale się nie dziwię, że nazywa się go po prostu Rumi) był perskim poetą i mistykiem, którego wiersze od dawna mnie inspirują. Jest w nich niezwykła lekkość i delikatność, w której paradoksalnie znajdujemy ogromną siłę. Pisał zręcznie o rzeczach, które trudno uchwycić, o niezwykłych subtelnościach życia, okoliczności, uczuć. Jeżeli masz konto na Facebooku i znasz dobrze angielski, polecał Ci zajrzeć na stronę poświęconą jego twórczości.

"To czego szukasz, szuka również Ciebie"


Tym prostym, a jakże płodnym w znaczenie słowom chciałbym się przyjrzeć tutaj bliżej.


Pamiętam jak w podstawówce nauczycielka opowiadała o prawie grawitacji. Oczywistym jest, że Ziemia przyciąga za pomocą tej siły wszystko, co znajduje się na jej powierzchni. Jednak objawieniem było dla mnie dowiedzieć się, że Ziemia przyciąga jabłko i jabłko przyciąga Ziemię z jednakową siłą. Nasza wielka planeta przyciąga jabłko tak samo mocno jak malutkie jabłko przyciąga Ją.


W pracy często stosują pompę próżniową do usuwania powietrza z laboratoryjnych naczyń. Nauczyłem się, że trzeba się naprawdę bardzo postarać, żeby zabezpieczyć takie naczynie przed ponownym dostaniem się do niego powietrza. Powietrze tak bardzo "pragnie" dostać się do naczynia, jak naczynie "pragnie" tego powietrza z powrotem.

Żyjemy zanurzeni w rzeczywistości, którą rządzą prawa zarówno fizyczne, jak i te bardziej subtelne, którymi z nieznanych przyczyn przestaliśmy się zajmować jako cywilizacja. Badamy wszystkie czysto materialne prawa z niezwykłą drobiazgowością. Jednak wszystkie prawa subtelne, jak to wyrażone w słowach "to czego szukasz, szuka również Ciebie", traktujemy raczej jako tzw. pobożne życzenia. Ja się nie gniewam na to, że tak jest. Taka jest naturalna kolei rzeczy. Kiedyś ludzie sami odkryją drzemiące w Naturze nowe nieznane siły, które wcześniej intuicyjnie postrzegali ludzie. Nic na siłę.


W temacie filozofii jestem wyznawcą Platona. Wierzę, że istnieje świat idei, którego nasz materialny świat jest odbiciem, nieudaną kopią. Wierzę więc w istnienia praw wyższych, których odbiciem są prawa niższe. Uznaję, że przyciąganie, o którym mówił Rumi, jest wyższą formą siły takiej jak grawitacja, lecz dużo bardziej subtelnej i złożonej.

Natura to dla mnie personifikacja wszystkich sił i zjawisk, które mają miejsce w naszej rzeczywistości. Obserwują Naturę i czerpię z niej lekcje życia. Jej wrodzoną cechą jest rozwój i obfitość. Widzimy to wszędzie tam, gdzie ludzka ręka nie jest obecna. Życie tętni nieprzerwanie, rozprzestrzenia się, rozwija, umacnia, zdobywa nowe tereny. Człowiek jest doskonałym wytworem Natury, posiadającym wszystkie jej cechy w sobie. W miarę ewolucji dostajemy nawet nowe moce do tworzenia życia i organizowania go.

Natura chce Twojego rozwoju mocniej niż Ty sam. Przez miliony lat ewolucji udowodniła, że chce tworzyć coraz doskonalsze formy życia. Dokonywała tego uparcie i nieprzerwanie. A ewolucja trwa. Nawet w ciągu tak krótkiego życia jak Twoje. Natura chce, abyś żył pełnią życia. Nie chce, aby czegokolwiek Ci brakowało. Tak jak Ziemia i jabłko przyciągają się z jednakową siłą, tak obiekt Twojego pragnienia pragnie Ciebie. Tak jak powietrze chce ponownie wejść do opróżnionego naczynia, tak to czego pragniesz chce wejść do twojego życia.


Powyższa myśl napawa mnie wiarą, a wiara ta z kolei usuwa, jedna po drugiej, przeszkody stojące na drodze do osiągnięcia pragnienia, które sam sobie ustanawiam. Bo brak wiary i uprzedzenia są jak ten korek, który utrzymuje próżnię w laboratoryjnym naczyniu.


Samotni ludzie, zamiast w wiarą i pewnością wyjść z domu w poszukiwaniu kogoś, kto rozświetliłby ich życie, siedzą w domu i sami okradają się ze szczęścia. Ludzie, którzy doznali miłosnego zawodu, sami budują mur wokół siebie, który uniemożliwia spotkanie kolejnej osoby. Wyjdź poza ten mur, albo go zburz. Pragniesz pracy, szukaj jej z wiarą, nie poddawaj się. Pragniesz lepszej pracy, otwórz się na nowe możliwości. Pragniesz radości, rób już dziś to, co sprawia Ci radość, choćby miała to być niewielka rzecz. Stawiaj krok za krokiem, z wiarą i nadzieją. 


A to czego szukasz, szuka również Ciebie...



niedziela, 29 maja 2016

Manifest zdrowego egoizmu

Żyję na tej ziemi trzydzieści jeden lat. Względne jest czy to wiele czy też niewiele. Myślę, że czegoś zdążyłem się o życiu nauczyć. Z setek przeżyć, relacji z ludźmi przeróżnymi, po opasłych tomach niezliczonych lektur swoje wnioski wyciągnąłem. I gdybym w swojej wędrówce wśród gwiazd miał dzisiaj zmienić port przeznaczenia, wyniósłbym z pobytu tutaj jedną ważną naukę, którą poniżej opisuję. Przedstawiam Ci ekstrakt z mojej krwi...

Mam w głowie taki obraz. Atomy łączą się w cząsteczki. Z cząsteczek powstają tkanki. Z tkanek narządy. Z narządów ciała. Ciała marnieją, następnie się rozkładają i wracają do ziemi. Tam rozkładają się na czynniki pierwsze, a one z kolei, łącząc się ponownie, dają życie innym ciałom. W tak krąg życia toczy się przez wieki. Z ziarna rośnie rośnie roślina, która wydaje ziarno. Ono wpada do ziemi i proces zaczyna się od nowa. A po drodze roślina pochłania z ziemi, powietrza i słońca potrzebne jej składniki. Przetwarza by żyć.

Tak samo ludzie. Jemy inne istnienia, by zachować swoje. Nasze ciało potrzebuje powietrza, minerałów, białek, tłuszczów, cukrów, witamin i wielu innych składników, by utrzymać swoje życiowe funkcje. Śniadanie, obiad, kolacja. Jesz, trawisz, wydalasz to, co okazało się niepotrzebne. Robisz to podświadomie. Nie pamiętasz, co jadłeś tydzień temu, albo z trudem to sobie przypominasz. Nie przywiązujesz do tego aż takiej wagi. Dlaczego? Bo nie żyjesz po to, aby jeść, lecz jesz po to, aby żyć. Masz cel, który unosi się ponad zwykłe przetrwanie...

Albo może nie. Może rzeczywiście żyjesz po to, aby jeść. Może rzeczywiście nie żyjesz, lecz zwyczajnie istniejesz. Trwasz. Jak to z Tobą jest? Może wstajesz rano, myjesz się, ubierasz, pracujesz, jesz, wydalasz, rozmnażasz się i śpisz. Trwasz w zawieszeniu, w tym dziwnym wirze trwania, w którym trzyma Cię pospolity strach przed śmiercią. Bo żyć dla Ciebie to znaczy nie umrzeć jak najdłużej i jak najskuteczniej.

Przeżywasz swoje radości i smutki, uniesienia i upadki. Zagubiony w iluzji życia, zastanawiasz się czasami, po co to wszystko. Dzień - byle do fajrantu, tydzień - byle do piątku, kariera - byle do emerytury, życie - byle do śmierci. Urodziłeś się i umrzesz bez celu.

Żyjesz, by mieć. Przeróżne rzeczy: wykształcenie, pracę, przyjaciół, miłość, seks, dobrą zabawę. I są one celem samym w sobie. Utożsamiasz się z nimi. Jednoczysz się z obiektem Twoich pragnień i kiedy zostaje Ci on zabrany, cierpisz jakby oderwano od Ciebie ciało i tak zaiste jest. Bo Ty i Twoje pragnienie zlały się w jedno ciało. Dlatego zazdrościsz, nienawidzisz, cierpisz...

Narkoman nie może żyć, jeśli nie przyjmie dawki narkotyku. Jego marne i smutne życie jest uzależnione od substancji chemicznej. Człowiek - korona ewolucji, bóg na ziemi, uzależnił swoje istnienie i szczęście od kupki białego pyłu.

Też jesteś ćpunem. Kochasz tylko tę jedną kobietę, bez której nie możesz żyć. Kochasz tego jednego chłopaka, który wydaje się być pępkiem Twojego kosmosu. I kto inny ją lub jego Ci zabiera. I zapadasz się w otchłań beznadziei. Świat staje się czarny jak śmierć. Obsesyjnie oglądasz jej lub jego Facebookowe zdjęcia i zdychasz z tęsknoty i bólu straty.

Miarą wielkości życia jest jego cel. Tak właśnie myślę. Dlatego właśnie drobnoustroje są najniżej w tej hierarchii. Potem są rośliny, zwierzęta, ludzie i... wybitni ludzie.

Wybitni ludzie są tymi, dla których wszystko inne istnieje. Dla nich istnieją wszystkie inne formy życia. Oni są koroną stworzenia. Oni mają cel, który jest wyższy niż cel wszystkich pod nimi. Oni wspinają się po drabinie ewolucji, tworząc plany, idee i osiągając to, co cała reszta stworzeń podziwia. Ich celem nie jest bujać się w rytm muzyki, jeść, uprawiać seks, rozmnażać się i zdobywać domy, wille i samochody. Ich cel jest subtelny, niewidzialny dla cielesnych oczu, wyśmiewany przez gmin.

Wszystko co robią i wszyscy, którymi się otaczają, służą ich wyższemu celowi. Nie dbają o stratę tych, którzy nie chcą ich wspomagać. Strząsają proch ze swoich sandałów i idą dalej.

Nie stwierdzam, że jestem wybitny, ale chcę być. Mam swój cel. Przedmioty, zdarzenia i ludzie coraz mniej są moje, a coraz bardziej mi się przydarzają. Zastanów się nad tym zdaniem. One się przydarzają. Są i potem ich nie ma. Pojawiają się, wypijam z nich życie i znikają. Zdarzenia służą mi wyciąganiu wniosków, przedmioty służą koniecznej codzienności, ludzie: źli i dobrzy, pomagają mi uczyć się i wzrastać. Ale moje oko zwrócone jest na cel, którego tożsamością się nie dzielę. Przyszło i opuściło mnie już wielu. Nie płaczę za nimi. O wielu nawet nie myślę. No może czasami. I idę dalej, podążam ku celowi.

Coraz zręczniej wychodzi mi nieprzywiązywanie się do materii. Lubię jeść, dobrze się bawić, uprawiać seks, tańczyć, słuchać muzyki, napić się alkoholu. Nie wiem dlaczego o takich jak ja myśli się jako o beznamiętnych, nudnych ludziach, którzy wiodą nędzne, bezsensowne życie. Tak myślą zwierzęta. Taka małpa pewnie śmieje się zza krat w klatce, kiedy widzi siedzącego na ławce człowieka czytającego książkę. Pewnie dziwi się, dlaczego tak jak ona, nie buja się on na jakimś drążku, a zamiast tego godzinę lub dwie gapi się w stos kartek, przewracając je jedna po drugiej. Nie ma się jej co dziwić. To małpa - nie musi tego rozumieć.

Spotkałem się z takimi ludźmi, którzy uważają moje życie za pozbawione sensu. Czasami chce mi się ich zapytać, jaki sens ma ich życie. Czasami nawet o to pytam. I po serii pytań i odpowiedzi wychodzi na to, że właściwie to oni mają poczucie bezsensu.

Pomyślisz, że głoszę egoizm. Bynajmniej, przyjacielu. Nikt nie czyni w życiu tyle dobra dla innych ludzi i zwierząt, jak wybitni ludzie. Aby dawać, trzeba najpierw mieć. Musisz być silny, aby móc ciągnąć w górę innych. Pomyśl o tym.

ciąg dalszy pewnie nastąpi...


niedziela, 8 maja 2016

Szachy czy warcaby? - czyli o naszych życiowych wyborach

Dzieci mojego rocznika właściwie nie znały komputera, tablety w ogóle nie istniały, telewizji oglądało się mało. Czas spędzaliśmy głównie na świeżym powietrzu. Kto pozostawał w domu, był uważany raczej za dziwne dziecko. Kiedy na zewnątrz była niesprzyjająca pogoda, graliśmy w gry planszowe.

Jedną z pierwszych gier, jakie poznaliśmy były warcaby. Proste zasady, nie trzeba było zbyt dużo myśleć podczas gry, szybkie partie, prawie natychmiastowe przegrane i wygrane. Szybko mi się ta gra znudziła. Prosiłem Tatę, żeby nauczył mnie grać w szachy. Na początku było trudno. Mnóstwo figur, których właściwości trzeba było zapamiętać. Kiedy już przeszedłem ten etap nauki i zacząłem grać, szybko zrozumiałem, że każdy ruch trzeba planować, ponieważ ma swoje konsekwencje. Każde posunięcie ograniczało moje możliwości lub otwierało nowe. Przegrywałem, ale wyciągałem wnioski i wciąż uczyłem się czegoś nowego. Aż w końcu wygrałem. To była wielka wygrana, okupiona ciężką i mozolną umysłową walką :) To dopiero była satysfakcja. Takiej satysfakcji nigdy nie dałyby mi warcaby.

Ostatnio przeprowadziłem szereg rozmów z moimi znajomymi. Dzielili się ze mną swoimi problemami, a to zawsze rodzi we mnie współczucie i chęć zrozumienia. I zawsze po takiej rozmowie zastanawiam się, skąd wziął się dany problem, jaka jest jego przyczyna, a potem myślę szerzej o naturze ludzkich problemów.

Przedwczoraj oglądałem film pt. "Efekt motyla". Zaczyna się on cytatem, który brzmi mniej więcej tak:

"Mówi się, że coś tak nieznacznego jak trzepot skrzydeł motyla może w efekcie doprowadzić do powstania tornada na drugim końcu świata"
Ogólnie film opowiada w bardzo interesujący sposób o tym, jak nasze wybory kształtują nasze życie i jak wprowadzenie zmian w swojej przeszłości mogłoby diametralnie zmienić przyszłość.

Jeśli się nad tym głębiej zastanowić i przestudiować nasze wybory z przeszłości, widzimy że nawet niewielkie wybory skierowały ster naszego życia w zupełnie inną stronę. I kształt naszego obecnego życia jest sumą tych wszystkich wyborów.

Co do tego wszystkiego mają warcaby i szachy?

Rozglądając się po świecie i obserwując życie wielu ludzi dochodzę do wniosku, że pomimo pozornej dojrzałości ciągle grają z życiem w warcaby. Dokonując wyborów, kierują się impulsami, instynktami, nagłymi bodźcami, są krótkowzroczni i niezapobiegliwi. Biją na oślep, szamoczą się. Najczęściej przegrywają i winią za to cały świat, tylko nie samych siebie. A winni są całkowicie oni sami, bo nawet jeśli natrafili na niesprzyjające okoliczności, nie ocenili ich rzetelnie, nie postanowili się im przeciwstawić, tylko jak małe dzieci, rzucili się w wir zabawy. A końcem tego jest zatracenie, płacz i zgrzytanie zębami, ból, rozczarowanie, klęska... Kiedy jakimś cudem wygrywają, nie przynosi im to satysfakcji i zaczynają nową partię.

Ciągle głodni życia, niepohamowani w pragnieniach... Widzą tylko najbliższe "bicie". Chcą seksu - biorą co się nawinie. Związek - prawdę mówiąc właściwie z byle kim. Chcą małżeństwa - biorą najłatwiejszą nadarzającą się możliwość. Chcą dziecka - robią i tyle. Chcą mieszkania - biorą kredyt. Studia - tam gdzie koledzy. Praca - a jakakolwiek. I absolutnie ich nie krytykuję. Absolutnie nie. Szkoda mi ich i chciałbym, żeby ich życie było harmonijne i szczęśliwe.

Żeby w życiu osiągnąć coś trzeba zagrać z nim w szachy. To trudna gra. Trzeba poznać jej zasady. Czasami trzeba poznać, jak działają "figury", kto jest kim i jak się zachowuje. W szachach jest cel - trzeba unieruchomić króla. Pomiędzy początkiem gry a tym właśnie celem, dzieją się różne rzeczy. Przeciwnik może zbić więcej pionków, a Ty i tak wygrasz. Często wygrywasz nawet w beznadziejnej sytuacji. Wszystko zależy od Twojej umiejętności oceny sytuacji, od umiejętności wyobrażenia sobie przyszłości, od oceny, czy dany wybór jest korzystny czy nie. Jednym słowem: od intelektu.

Na początku myślałem, że jak zbiję Tacie jak najwięcej figur, to wygram. I przegrywałem. Raz za razem. Nie dawał mi wygrywać, bo wiedział, że tak niczego się nie nauczę. W życiu też nie dawał mi wygrywać. I dzisiaj jestem mu za to wdzięczny.

Na początku patrzyłem, jak ludzie zbijają kolejne figury, zbierają te małe zwycięstwa. I wydawało mi się, że oni wygrywają z życiem. A potem widziałem, jak upadają, jak marnują sobie życie. I dorastając, zrozumiałem, że życie ma dalekosiężny cel. Pojąłem, że chcę powiedzieć "szach-mat" przeciwnościom losu.

Ciągle uczę się grać w życiu w szachy. Wciąż popełniam mnóstwo błędów. Życie jest wymagającym przeciwnikiem. Świat jest prawdziwym Kasparovem. Ale partia trwa...

czwartek, 14 kwietnia 2016

Czy Facebook to strata czasu?

Wielu znam takich ludzi, którzy są tak wyjątkowo kreatywni i "wzniośle uduchowieni" (i piszę to oczywiście z ironią), że uważają spędzanie czasu na portalach społecznościowych za marnowanie swoich cennych minut i godzin. W tym czasie wolą oczywiście obejrzeć telewizję albo szperać w internecie w poszukiwaniu "wiedzy", co kolei dla innych stanowi marnowanie czasu... To, w jaki sposób ktoś spędza czas nie jest moją sprawą, choć oczywiście smutne jest to, że mając dostęp do nieograniczonego źródła wiedzy, jakim jest sieć, wolą oglądać kacze dzioby swoich koleżanek, rosnące mięśnie kolegów i oczywiście koty...


Czy "siedzenie" na Facebooku jest marnowaniem czasu? To zależy. Przede wszystkim każdy z nas indywidualnie odpowiada sobie na takie pytania. Ale również zależy to od przyjętej filozofii. Według mojej filozofii każda czynność, którą wykonuję przewlekle długo, a która mnie nie ubogaca, jest marnowaniem czasu.


Przyjmując więc taką filozofię zastanówmy się, czy Facebook zabiera mój czas? To znowu zależy. Tym razem od tego, co przeglądam. Mogę powiedzieć, że oczywiście patrzę sobie, co u znajomych słychać i "lajkuję" fotki ładnych kobiet. A czemu niby nie? Piękno należy podziwiać i doceniać, nieprawdaż?


Jednak Facebook służy mi głównie, podkreślam "głównie", jako źródło informacji. Obserwuję mnóstwo interesujących mnie stron poświęconych różnym tematom: od polityki do metafizyki. I dzięki temu mam na stronie głównej wyselekcjonowane informacje z różnych dziedzin. Zrobiłem więc z Facebooka narzędzie do selekcji i gromadzenia wiedzy. Piękne, prawda?


Lubię również używać Facebooka do dzielenia się przemyśleniami z innymi. Prawdopodobnie dzięki temu czytasz ten wpis.


A propos zarządzania czasem, to napisałem ten tekst w drodze autobusem z pracy do domu :)

niedziela, 27 marca 2016

Ignorowany sens Wielkanocy

Nadeszła Wielkanoc - według moich obserwacji święto obchodzone raczej bez specjalnego entuzjazmu, jaki towarzyszy świętom Bożego Narodzenia. Nie ten klimat... Myślę, że Boże Narodzenie jest popularniejsze ze względu na porę roku, przystrojone światłami ulice i sklepy, wszechobecne kolędy i dźwięk dzwonków oraz fakt, że zaraz potem następuje kolejne święto, jakim jest Wigilia Nowego Roku, czyli Sylwester.

Żałuję, że tak jest, bo symbolika świąt wielkanocnych jest bogatsza i bardziej wymowna. Nie jestem katolikiem, jednak nie przeszkadza mi to oddać się w tym czasie refleksji nad bardzo głębokim znaczeniem wszystkiego, co teraz się dzieje, a obok czego większość katolików przechodzi raczej obojętnie i mechanicznie, wykonując obrzędy z konieczności i przyzwyczajenia.

Wczoraj ludzie "chodzili święcić jajka". Abstrahuję już nawet od oczywistego i zauważalnego komizmu tego wyrażenia. Chodzi mi o to, że ludzie idą "gdzieś", robią "coś", ale wątpliwym jest, by było to dla większości z nich czymś więcej niż tylko pustą czynnością. Znów podkreślam, że są to moje osobiste obserwacje i podkreślam słowo "większość", bo nie uważam, że "wszyscy".

Widziałem wczoraj taki obrazek. Starsza kobieta, w ręku siatka z zakupami, a w drugiej ręce koszyk. Szła szybko, w oczach miała pośpiech. Wydaje się, że miała kilka "spraw do załatwienia", a "świecenie jajek" było tylko jedną ze sporej listy. Bo "trzeba", bo "taka jest tradycja".

A szkoda, wielka szkoda. Bo ja - człowiek skłaniający się w kierunku starożytnej, pogańskiej filozofii, widzę w obchodach tych świąt wielką głębię. Tak, bo w tych świętach, pomimo że są katolickie, jest mnóstwo elementów pogańskich, które przetrwały przez tysiąc lat panowania chrześcijaństwa na naszych ziemiach.

Koszyk, który nosi się do poświęcenia, a który w starożytności był wielkim koszem, symbolizuje przepych, obfitość życia. Wczorajszy widok tych wszystkich pięknie przystrojonych koszyczków przywołał mi na myśl mityczny przedmiot, artefakt - róg obfitości. To naczynie w kształcie skręconej tuby, u jednego końca wąskiej i rozchylającej się przy drugim końcu, symbolizuje obfitość czerpaną jednym końcem z niebios, a wylewającą się drugim na rodzaj ludzki.

Nieodzownym elementem świąt wielkanocnych jest jajko. Słowianie zwykli je w tym czasie ozdabiać kolorowymi wzorami. Zwyczaj ten zachował się do dzisiaj, choć nie jest już kultywowany z takim oddanie, jak wtedy, kiedy ja byłem dzieckiem. Starożytni wierzyli, że wszechświat w swoim zalążku był takim ogromnym jajem, w którym powstały wszystkie rzeczy - widzialne i niewidzialne. W te święta, najczęściej nieświadomie, oddajemy hołd rodzącemu się życiu.

I pośród tych wszystkich pogańskich tradycji czcimy obraz Mesjasza, który pokonał śmierć, wyzwolił się z jej więzów. Jego idea, pomimo niepopularności i silnego sprzeciwu, a nawet jego śmierci, przetrwała. Życie zawsze zwycięża. Bez względu na wyznanie, zachęcam Was do medytacji nad tym wiecznym symbolem życia, które zwycięża śmierć, światła, które pokonuje ciemność. To dzisiaj świętujemy.

Obojętnie czy jesteś katolikiem czy członkiem innego kościoła, czy jesteś ateistą czy agnostykiem, te symbole są wieczne i nie są wyłączną własnością żadnego z kościołów czy organizacji. Mógłbym o nich pisać wiele, wiele stron, jednak chciałem jedynie dać pewien bodziec do przemyśleń, inspirację do zadumy. Kontemplujmy je, karmmy się nimi, odświeżajmy nasze dusze niezwyciężonym życiem. Znajdźmy czas, aby usiąść w ciszy, przywołać w wyobraźni te symboliczne obrazy i rozmyślać o nich...

Każdemu z Was życzę w te święta dużo spokoju ducha, powodów do śmiechu i uśmiechu, wszelkiej obfitości oraz tego, aby życie tętniło w naszych żyłach i wypełniało sobą wszystko, co nas otacza.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Food for thought, czyli o poszerzaniu intelektualnego menu

Mam zwyczaj systematycznego czytania czegoś po angielsku. Robię to od wielu, wielu lat, lecz nie zawsze tak było...

Początkowo było nie najlepiej. Kupiłem sobie pierwszą książkę po angielsku i szło nadzwyczaj topornie, choć z angielskim w szkole nie miałem problemów, uczyłem się go wtedy już od 12 lat i miałem dobre oceny, co nie wystawia dobrego świadectwa polskiemu szkolnictwu... Ale nie o tym miałem pisać :)

Ze słownikiem w ręku i w pocie czoła czytałem stronę po stronie. Było mi trudno, bo przeszukując słownik traciłem wątek w książce, jednak postanowiłem wytrwać. Dzień po dniu znajdowałem czas na lekturę po angielsku. Minęło wiele lat odkąd to praktykuję i teraz potrzebuję słownika niezwykle rzadko. Wytrwałość, jak zawsze, gdyż jest to prawem, została nagrodzona. Marzę o takiej wytrwałości w prowadzeniu niniejszego bloga, bo jeśli tu zaglądasz, to wiesz, że jest to pierwszy wpis po ponad miesięcznej przerwie. Życzę sobie, aby pomimo natłoku pracy i obowiązków, znajdować czas na pisanie robiąc to tak wytrwale jak wtedy, kiedy pomimo piętrzących się trudności, czytałem stronę po stronie mojej angielskiej książki.

Kilka dni temu podczas czytania natrafiłem na sformułowanie "food for thought". Zgrabnie można to przetłumaczyć jako "materiał do przemyśleń" czy też "to, co daje nam do myślenia". Dosłownie oznacza to jednak "pokarm dla myśli". Od razu spodobało mi się to potoczne, choć poetyckie określenie i postanowiłem podzielić się z Tobą swoimi rozważaniami na ten temat.

Co może być takim "pokarmem dla myśli"? Może nim być cokolwiek, co nasz umysł może jeść: plotka, opowieść, artykuł, książka. Coś słyszysz lub czytasz i zaczynasz to rzuć - rozmyślasz o tym. Umysł następnie zaczyna to trawić: analizuje, ocenia, rozsądza. A potem w taki czy inny sposób dana informacja zostaje wchłonięta, stając się częścią Ciebie. Każda informacja wpływa na to kim jesteś, mniej lub bardziej Cię zmieniając.

"Jesteś tym, co jesz" - to prawda nie tylko w odniesieniu do fizycznego jedzenia, lecz również w odniesieniu do czegoś, co starsi od nas nazywali "strawą duchową". Żyjemy dzisiaj w morzu informacji. Za każdym razem, kiedy otwieramy nasze intelektualne usta, coś wpływa do środka i jest to zazwyczaj mało wartościowy plankton w postaci resztek przeżutego i nadtrawionego śmieciowego jedzenia. Coś takiego mamy w tabloidach, popularnych portalach internetowych, marnych artykułach i książkach pisanych na siłę za centa za stronę. To nie jest prawdziwe jedzenie. Od tego Twój umysł staje się słaby i chory. Dodatkowo informacji jest tak dużo, że się nimi przejadamy. W jednej ze starożytnych ksiąg znalazłem kiedyś określenie "otyłe serce", a w przypisie wyjaśniono to jako "umysł ociężały, niezdolny do przyjmowania informacji". To mówi samo za siebie, nieprawdaż?

Odżywiajmy się zdrowo, na litość boską. Zawsze staram się słuchać i czytać coś wartościowego. Znajduję coś, co będzie stanowiło dla mnie "food for thought" - "pokarm dla myśli". Chcę to przeżuwać, trawić i dzięki temu wzrastać. Chcę jeść wolno i cieszyć się każdym smacznym, dobrze przyprawionym kęsem. Jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, dlaczego ludzie płacą krocie, aby posiąść umiejętność tzw. "szybkiego czytania". Takie czasy: szybkie czytanie, szybki posiłek, szybki seks... A w chwili przyjemności trzeba krzyczeć: "Chwilo trwaj". Ja przynajmniej lubię, aby przyjemność trwała dłużej...

Dygresja na początku wpisu nie była właściwie tylko dygresją, opisałem przecież w jaki sposób udało mi się poszerzyć swoje intelektualne menu o dania z kuchni angielskiej.

Smacznego :)

niedziela, 17 stycznia 2016

Myśl ubrana w słowa

Miałem okres w swoim życiu, kiedy uważałem nauki humanistyczne za niepotrzebne, a nawet szkodliwe dla człowieka. To było mniej więcej na początku liceum. Wybrałem sobie ścisły matematyczno-fizyczny profil nauki, bo sądziłem, że cywilizację budują inżynierowie i technicy. Ukułem też razem z bratem ciotecznym powiedzenie "humaniści są zakałą świata", bo wydawało mi się, że gadają i gadają i nic z tego pożytecznego nie wynika. Nie czytałem lektur, a jedynie opracowania, które żartobliwie nazywałem "książkami w wersji demo". Do tej pory uważam, że duża część dzieł omawianych w szkole, to takie książki, których nikt by nie czytał, gdyby nie znalazły się na liście lektur, ale moje podejście do słowa mówionego i pisanego uległo rewolucyjnej zmianie.

Przyszedł czas, kiedy zafascynowałem się czytaniem. Moja miłość do książek pojawiła się w postaci małej iskierki, która błyszczała nieśmiało i miarę upływu czasu zapłonęła żywym, trawiącym moje serce płomieniem.

Język jest niesamowitym wynalazkiem. Ośmieliłbym się zaryzykować stwierdzenie, że to nie wynalazek koła sprawił, że cywilizacja zaczęła się toczyć. Najważniejszym odkryciem człowieka jest mowa i jej pochodna - pismo. Dlaczego? Bo możemy zamykać swoje myśli, idee, pomysły i wreszcie emocje w słowach jakby w bańce, którą następnie drugi człowiek łyka razem z jej zawartością, przyswajając to, czym chcieliśmy się się z nim podzielić. To mowa i pismo są zarzewiem ludzkiej cywilizacji. Bez nich nie byłoby żadnych odkryć: nie powstałyby piramidy i inne z siedmiu cudów świata, nie byłoby żadnych z dostępnych dzisiaj cywilizacyjnych udogodnień. Dzisiaj, w przeciwieństwie do moich licealnych lat, stoję na stanowisku, że prawdziwą cywilizacja to nie technologia, a umiejętność komunikacji, a więc myśl humanistyczna.

Nie chcę oczywiście idealizować czasów minionych, ale spójrzmy na nasz świat. Możemy prowadzić wideorozmowy z osobami oddalonymi od nas o tysiące kilometrów, mamy telefony, telewizję, niezwykłe środki komunikacji, gigantyczne budowle, rozwija się robotyka. Ale czy każdy z nas nie widzi, że coraz mniej i mniej potrafimy rozmawiać? Czytuję różne artykuły z dziedziny psychologii i wynika z nich, że u współczesnego człowieka zanika umiejętność komunikacji. Coraz mniej potrafimy mówić o swoich uczuciach, ubierać myśli w słowa.

Moją ulubioną cywilizacją jest Starożytny Egipt. Fascynuje mnie pod wieloma względami. Najbardziej podoba mi się jednak panująca wtedy zasada jedności nauki, sztuki i religii. Starano się wtedy połączyć to pozornie niemieszalne dziedziny w jednorodną całość. I kiedy studiujemy historię Starożytnego Egiptu dostrzegamy, że wywiązali się z tego zadania.

Wyobraźmy sobie cywilizację, w której sztuka i nauka działają ramię w ramię w celu uszlachetniania człowieka. To byłoby coś wspaniałego. Wydaje mi się, że dzisiaj mamy tendencję to gloryfikowania nauk ścisłych i racjonalnej części człowieka. Często odnoszę wrażenie, że ludzie uwierzyli zasadzie: "jeśli czegoś nie da się udowodnić metodą naukową, to nie istnieje". Idąc w tym kierunku za 100 lat człowiek stanie się zimnym, choć niesamowicie intelektualnie sprawnym robotem. A gdzie miejsce dla miłości, zachwytu, podniecenia, czy nawet gniewu, zazdrości czy innych uczuć zwanych negatywnymi? Człowiek bez emocji nie jest człowiekiem, a to właśnie humaniści, a właściwie tworzone przez nich dzieła, dbają o rozwój naszej emocjonalnej połowy.

Z wykształcenia i zawodu jestem chemikiem. Chemia jest chyba najmniej ścisłą ze wszystkich ścisłych nauk. Ale w duszy jestem humanistą. Moje serce bije dla sztuki. Moim życiowym powołaniem jest rozbudzać, porządkować i uszlachetniać to, co nazywamy sercem, a co leży po drugiej stronie bieguna w stosunku do rozumu.

Moja mama jest krawcową i ja też, metaforycznie mówiąc, jestem krawcem. Staram się "ubierać myśli w słowa". Pomyślmy chwilę nad tym powiedzeniem i zinterpretujmy je na sposób poetycki. Myśl jest nieuchwytna, niewidzialna, eteryczna. A słowa są dla niej jakby strojem. Zakładamy szatę na nasze myśli, dzięki czemu może ona pójść między ludzi. Nie naga, lecz ubrana na tyle, na ile nas stać. Przypomina mi się w tym miejscu film pt. "Tata duch", który oglądałem, kiedy byłem małym chłopcem. Tytułowy tata, którego rolę odgrywał Bill Cosby, zginął w wypadku samochodowym i wrócił do swojej rodziny jako zjawa. Był niewidzialny, ale jego duch był jakby "gęsty" - kiedy założył na siebie ubranie, mógł iść między ludzi, choć miejsce pod czapką było puste - wciąż był bowiem niewidzialny. Słowa są takim ubraniem dla naszych myśli.

Dbamy o to, by wyglądać jak najlepiej. W telewizji aż roi się od programów o modzie, w sieci mnożą się modowe blogi. I dobrze. Człowiek powinien wyglądać jak najpiękniej to jest możliwe. To służy jemu i jego otoczeniu. Jestem zwolennikiem piękna w każdej sferze życia, w tym w sferze wypowiadania się. A jak ubierają się Twoje myśli?

P.S. Niektórzy z nas się pewnie zastanawiają, dlaczego od ładnych kilku dni nie pojawił się na blogu żaden wpis. Otóż dlatego, że w tym względzie jestem trochę jak kobieta, która ma pełną szafę ubrań i nie wie, co na siebie włożyć. Mam pomysły, ale jakoś nie mogę się zdecydować, jak je ubrać w słowa.

piątek, 8 stycznia 2016

"Jeszcze pięć minut" - rzecz o porannej prokrastynacji

Dzisiaj jest dobry dzień, aby o tym napisać, bo odniosłem jedno z niewielu zwycięstw ze znanym wszystkim przedłużaniem snu o "jeszcze pięć minut". Zdecydowaliśmy z kolegą umówić się o 5.35 rano i pojechaliśmy do pracy wcześniej niż zazwyczaj. Musiałem więc wstać o 5 i wyszedłem z łóżka bez zwyczajowej dla mnie "pięciominutowej drzemki dodatkowej". W samochodzie było zimno, ale kiedy na poboczu zobaczyłem człowieka jadącego rowerem, zrobiło się jakby cieplej :)

Kiedyś usłyszałem słowo "prokrastynacja" i tak mi się spodobało, że weszło do panteonu moich ulubionych słów. Słów, nie pojęć, bo zdecydowanie nie lubię, zwłaszcza w sobie samym, "patologicznej tendencji do nieustannego przekładania pewnych czynności na później", jak to zręcznie ujęto w Wikipedii. Jako ciekawostkę powiem, że Google nie zna tego słowa, bo kiedy piszę, podkreśla je jako błędne :)

Któż z nas nie jest winien wyłączania budzika i następnie przestawiania do na "trochę później"? U mnie jest to zwykle kwadrans. I prawie każdego dnia obiecuję sobie, że wstanę o przyzwoitej godzinie tak, aby uniknąć pośpiechu z rana. I każdorazowo, kiedy składam sobie takie przyrzeczenie powtarza się ta sama sytuacja - budzik dzwoni, ja go wyłączam, przestawiam o kwadrans i jak zwykle muszę się spieszyć. A te piętnaście minut, które przespałem, sprawić mogło, że nie będę musiał ścigać się z czasem. Najgorsze kiedy zdecyduję się nie nastawiać ponownie budzika, tylko poprzeciągać się na łóżku i budzę się godzinę później. Też się tak zdarzało.

Po co w takim razie przerywam sobie sen, powiedzmy o piątej, skoro i tak wstaję o 5.15? Mógłbym nie oszukiwać sam siebie. A co mi da ta dodatkowa piętnastominutowa drzemka? Nie ma chyba osoby, która dzięki dodatkowym kilkunastu minutom snu była bardziej wyspana. Ja przynajmniej nie czuję potem dodatkowych rezerw energii. Jestem za to zły na siebie, że ZNOWU muszę się spieszyć.

I w tym miejscu ktoś może się spodziewać, że spróbuję odpowiedzieć na pytanie: "Co mogę zrobić, aby z tym skończyć?". Sprawa jest prosta: skończ z tym! Gdybyś mnie zapytał, jak się robi dobrą jajecznicę, to mógłbym zdradzić przepis, bo to wymaga jakiejś tam wiedzy. Tymczasem poradzenie sobie z nałogiem bezsensownego przedłużania snu nie wymaga żadnej wiedzy. Konieczne jest działanie. Dzwoni budzik, wyłączasz go i wstajesz. Jeśli nie wychodzi, próbujesz następnego dnia. I tak aż do momentu, kiedy wstawanie po pierwszym budziku wejdzie w nawyk.

Zakończę pewną ciekawostką.
"W Twoim wnętrzu kryje się niewyczerpana skarbnica. Zaglądaj do niej w poszukiwaniu odpowiedzi na potrzeby serca. Tajemnicą wybitnych ludzi wszystkich epok jest umiejętność kontaktowania się z podświadomością i wyzwalania jej mocy. Teraz Ty poznałeś tę tajemnicę i możesz z niej korzystać. Twoja podświadomość zna rozwiązanie wszelkich problemów. Jeżeli przed zaśnięciem powiesz jej: "Chcę się obudzić o szóstej rano", obudzi Cię punktualnie"
"Potęga podświadomości" Joseph Murphy, wyd. Świat Książki

Pogrubione zdanie zdaje się nie pasować zupełnie do reszty. I rzeczywiście może się tak wydawać, bo ten tekst jest po prostu podsumowaniem rozdziału. Zdecydowałem się ująć w cytacie poprzedzające zdania, bo nadają delikatnego kontekstu. Poza tym reszta tekstu stanowi sporą inspirację do zapoznania się "Potęgą podświadomości" Josepha Murphy'ego.

Tymczasem może warto z ciekawości zastosować tę technikę? Może powiedziałbym sobie dzisiaj przed snem "chcę się obudzić o szóstej rano" i ? Spróbuję, ale nie dzisiaj :) I to nie przez prokrastynację, ale dlatego, że właśnie zaczął się weekend :)

środa, 6 stycznia 2016

"Julie i Julia", czyli kilka słów o spędzaniu wolnego czasu

W pierwszym wpisie opublikowanym na tym blogu, który dotyczył postanowień noworocznych, złożyłem deklarację, że "postaram się, aby nie zabrakło tutaj zachęty do wdrażania w życie pięknym planów". Obiecywać sobie jest rzeczą piękną. Podejmowanie postanowień jest godne podziwu. Jednak czym innym jest zaplanować, a czym innym zrealizować. Postanowienie wymaga inspiracji, do realizacji konieczne jest podjęcie wysiłku.

I tutaj często zawodzimy. Kilka dni po podjęciu decyzji o zrobieniu czegoś, nasze plany spełzają na niczym. W wielu przypadkach jest to spowodowane tym, że nakładamy na siebie obowiązek, który jest ciężarem zbyt ciężkim do uniesienia. I kiedy okazuje się, że nie potrafimy sprostać zadaniu, którego się podjęliśmy, zniechęcamy się i porzucamy plan. Często potem towarzyszy nam poczucie winy i gorzki smak porażki.

Snujmy wielkie marzenia, ale postanawiajmy mało. Jest to tylko pozorna sprzeczność. Możemy mieć bowiem wielki cel, do którego decydujemy się dojść małymi krokami. Zachęcam do wielkim marzeń, odradzam wielkie postanowienia. Postanów coś małego, wykonaj to i świętuj swoje powodzenie. Nagradzaj się. Ciesz się z małych zwycięstw. W ten sposób zachęcisz samego siebie do podejmowania kolejnych i następnych wyzwań, a kolejny krok stawiać będziesz wypełniony inspiracją płynącą z poprzedniego powodzenia.

Przypomina mi się w tym miejscu film, który oglądałem już dawno temu. Film "Julie i Julia" oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. Młoda pisarka - tytułowa Julie Powell, pracuje w biurze obsługi klienta. Odbiera telefony. Jest znużona swoją pracą i pragnie znaleźć jakąś odskocznię. Zainspirowana książką Julii Child, postanawia przyrządzić wszystkie dania na podstawie zawartych tam przepisów. Zakłada bloga, aby motywować samą siebie do dalszej pracy, a także po to, aby dokumentować swoje postępy. W końcu blog Julii Powell zostaje wspomniany w dzienniku "New York Times", co powoduje duże zainteresowanie środowiska dziennikarzy i wydawców. W ukazuje się książka kucharska na podstawie jej przepisów. Przypominam - to historia, która wydarzyła się naprawdę.

Myślę, że sama pani Julie Powell nie spodziewała się takiego obrotu spraw, kiedy przygotowywała swoje pierwsze danie. Nie myślała też o tym, że zdobędzie sławę i pieniądze. Chciała po prostu znaleźć zajęcie, które pozwoli jej zabić poczucie znużenia i wypalenia pracą. Pragnęła wrócić do domu i oddać się zajęciu, które ją fascynuje. Dla niej było to gotowanie, dla mnie tym czymś jest pisanie, dla Ciebie może to być coś zupełnie z innej beczki.

Pani Julie co prawda podjęła się trudnego zadania, ale każdy nowy dzień był dla niej początkiem, a miniony sukcesem. To ją napędzało do kontynuowania swojego przedsięwzięcia. Przepis za przepisem, danie po daniu, szła do przodu. Musiała mieć samozaparcie, za każdym razem z czegoś rezygnować na rzecz swojego postanowienia, podporządkować mu swoje życie. Ale przynajmniej nie marnowała czasu.

Zapytaj samego siebie: "ile czasu w ciągu dnia poświęcam na robienie rzeczy, z których nie mam wymiernego pożytku?". I nie chodzi mi o to, aby rezygnować z relaksu i rozrywki i pracować cały dzień. Ale czy oglądanie telewizji przez kilka godzin dziennie jest taką świetną rozrywką? Odpowiem za siebie - większość czasu spędzonego przed telewizorem uważam za stracony. Niewiele filmów, czy programów, które obejrzałem, były naprawdę ciekawe i wartościowe. Najczęściej było tak, że siadałem przed telewizorem i bezmyślnie się w niego patrzyłem. A w tym czasie można było zrobić coś ciekawego a zarazem wartościowego. Lepiej wyjść na spacer i porozmyślać. Przynajmniej wdychamy wtedy świeże powietrze. Na film najlepiej pójść do kina. Najlepiej jednak jak najwięcej swojego wolnego czasu poświęcić jakiemuś hobby.

Powiedzmy sobie bez ogródek - nie ma chyba na świecie człowieka, który mógłby powiedzieć, że oglądanie telewizji przynosi mu satysfakcję. Tak, może dać chwilę relaksu, zachwytu. Ale nie satysfakcję. Warto więc znaleźć coś, co przynosi Ci satysfakcję. To mogą być przeróżne zajęcia: gotowanie, rysowanie, pisanie, rzeźbienie, zbieranie znaczków, cokolwiek. Ważne, aby Tobie się to podobało. Naprawdę nie warto marnować całego wolnego czasu na telewizję. Zostawmy jednak już w spokoju tę biedną telewizję. Marnujemy przecież czas na bezproduktywnym przeglądaniu Facebooka i wielu innych zajęciach. Sam wiesz najlepiej, jak marnujesz swój czas.

Zachęcam Cię więc do obejrzenia naprawdę wartościowego filmu - "Julie i Julia". Na takie filmy warto znaleźć czas, bo można się czegoś cennego nauczyć. Obejrzyj, wyciągnij wnioski. Owocnego oglądania :)

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Notuj niczym Doogie Howser

Byłem wtedy małym chłopcem. Być może pamięć mnie myli, ale były to sobotnie popołudnia. Emitowano wtedy serial dla młodzieży pt. "Doogie Howser - lekarz medycyny". Opowiadał historię młodego chłopaka, który był tak wyjątkowo zdolny, że jako nastolatek został lekarzem medycyny. Niewiele już pamiętam z fabuły, ale jedna rzecz była bardzo charakterystyczna. Każdy odcinek kończył się dokładnie tak samo. Tytułowy Doogie siadał przed komputerem, włączał edytor tekstu i wpisywał krótką notatkę. Był to zazwyczaj krótki opis tego, co wydarzyło się w danym odcinku i płynące z tego wnioski. Tyle pamiętam :) Zobacz sobie przykładową scenę.

Jakiś czas temu czytałem "Faraona" Bolesława Prusa. Interesuję się historią i filozofią starożytnego Egiptu i chciałem przeczytać książkę, która pozwoli mi się wczuć w klimat tamtego miejsca i tamtych czasów. Jedna z rzeczy, na które zwróciłem uwagę, to opisy pracy i życia skrybów, czyli pisarzy. Był to ówcześnie bardzo ważny zawód. Nie tylko zajmowali się oni ryciem religijnych tekstów w kamieniu, lecz także tworzyli kroniki historyczne i dokonywali spisów: ludzi, sprzętów, płodów rolnych. Pisali i pisali :) Bardzo skrupulatnie notowali wszystko. Z ich pracy korzystali poborcy podatków, wyżsi urzędnicy i oczywiście faraonowie.

Jak się na pewno domyślasz wpis ten będzie poświęcony notowaniu.

Na początku 2014 roku kupiłem sobie gruby notatnik. Jest oprawiony w czarny skóropodobny materiał, a wewnątrz są czyste strony, bez linii i kratek, lekko żółtego koloru. Taki mi się podobał. Chciałem, aby było mi przyjemnie w nim pisać. Zainwestowałem również w dobre pióro. I zacząłem pisać. Notowałem ciekawe historie, które mi się przydarzyły, przemyślenia. Zapisywałem też postępy w czytaniu książek (a czytuję zazwyczaj kilka jednocześnie), bo zakładki potrafią się wysunąć, nieprawdaż? :) Piszę to teraz w czasie przeszłym, bo zapełniłem już wszystkie kartki i pora kupić sobie nowy notatnik.

Często spoglądam na wcześniejsze strony i przypominam sobie fakty z życia i co w danej chwili myślałem. I muszę przyznać, że pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, odkąd zacząłem to robić, to fakt, że wiele szczegółów zbladło lub zupełnie uleciało już z mojej świadomości. Gdzieś głęboko w zakamarkach pamięci wciąż są, ponieważ w chwili, kiedy o nich czytam, odżywają i ponownie nabierają kolorów.

Chciałbym zachęcić Cię do zrobienia tego samego. Kup sobie ładny notatnik - taki, który będzie się Tobie podobał. Pisz w nim piórem, długopisem, ołówkiem - czym Ci jest najlepiej. Poświęć kilkanaście minut swojego czasu w ciągu dnia, aby spisać tam choć kilka myśli. Zrób jak Doogie Howser, z tą różnicą, że nie rób tego na komputerze. Pliki elektroniczne szybko się gdzieś zapodziewają, a ładny notatnik z Twoją własną historią i przeżyciami jest naprawdę cenną pamiątką, którą kupujesz dla samego siebie i tworzysz dla samego siebie. To prezent, który robisz przyszłemu sobie. Naprawdę warto. Chwile rzeczywiście są ulotne jak ulotka, jak mówi utwór znanego kiedyś zespołu "Paktofonika". Ale dziennik pozwoli Ci je utrwalić, złapać i zamknąć, by były z Tobą na zawsze, byś po latach mógł sobie je wszystkie przypomnieć.

Dziennik jest także czymś, czemu możesz się zwyczajnie "wygadać", jak przyjacielowi. Pisanie pozwala też na lepsze skupienie myśli. Kiedy starasz się wyrazić na piśmie swój problem, zaczynasz go widzieć jakby wyraźniej, twoje myśli stają się bardziej uporządkowane. Ma to bardzo terapeutyczne działanie, bo co innego robi psycholog, jeśli nie pozwala Ci przyjrzeć się Twojemu problemowi? Dobra diagnoza pozwala na dobre leczenie. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że terapeuci są niepotrzebni. Bynajmniej. Są problemy, które wręcz wymagają konsultacji z psychologiem. Jednak wiele problemów emocjonalnych, z którymi się borykasz, wynika z tego, że nie przyglądasz się sobie, nie formułujesz problemu, a dziennik jest doskonałym narzędziem, by tego dokonać.

Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko spróbować, do czego gorąco Cię zachęcam. Nie pożałujesz :)

sobota, 2 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne - jak to z nimi jest?

Jest drugi dzień stycznia kolejnego - 2016 roku. Spacerując spotkać można jeszcze gdzieniegdzie na chodnikach i trawnikach pozostałości po sylwestrowej nocy - korki od szampana, rozszarpane wybuchem petardy i wylaną przed siebie treść żołądka. Wczoraj wielu z nas spało do późna odpoczywając po szampańskiej zabawie, inni niestety musieli udać się do pracy, ale z pewnością większość czuło specyficzny klimat pierwszego dnia nowego roku.

Racjonalnie rzecz ujmując jest to właściwie tylko zmiana kalendarza. Ostania z czterech cyfr określających rok z 5 skokowo przeszła w 6. Nie istnieje obiektywna różnica pomiędzy 31 grudnia 2015 o godzinie 23:59 a 1 stycznia 2016 minutę po północy. Prawdę powiedziawszy nowy rok powinien zaczynać się wraz z początkiem kalendarzowej wiosny, czyli 21 marca. Wydaje się to pod wieloma względami bardziej słuszna data, ale za chwilę do tego wrócimy.

Na świecie przyjęło się, że nowy rok rozpoczyna się 1 stycznia. Dodatkowo tkwi w nas głęboko wbudowane przekonanie o swoistej szczególności nocy przełomu lat, magii nocy Sylwestrowej. Mi osobiście bardzo się to podoba i uważam, że powinniśmy z tego korzystać. Lubię okres rozpoczynający się Wigilią Bożego Narodzenia, a kończący się szampańską noworoczną zabawą. Nasycam się jego klimatem, wdycham go całym sobą i cieszę się nim. Ostatnio brakuje mi do szczęścia mrozu i śniegu, ale nie ma co narzekać :)

Sylwester to wyjątkowa noc. Świadomi tego czy nie, otaczamy się wtedy symbolami pulsującego nowego życia. Kolorowo ubrani ludzie, błyszczące ozdoby, wreszcie buzujący się w kieliszkach szampan, iskrzące się w dłoniach zimne ognie i wybuchające na niebie fajerwerki. Oczekując północy w ciszy lub na głos analizujemy miniony rok, przyglądamy się naszym wyborom, osiągnięciom, porażkom, symbolicznie wyczyszczając kartę naszego życia, a po północy z radosnymi okrzykami i nadzieją witamy nowy rok.






Ciekawym starożytnym symbolicznym ujęciem naszego zachowania jest widoczny powyżej Janus - staroitalski bóg wszelkich początków, opiekun drzwi, bram, przejść i mostów. Jedna z jego twarzy patrzy w przeszłość, na to co było i przemija, druga natomiast wygląda w przyszłość, oczekując tego, co ma nadejść. Od jego imienia pochodzi łacińska nazwa pierwszego miesiąca roku - Ianuarius, która zachowała się m.in. w języku angielskim jako January. Zachęcam gorąco do pochylenia się nad tym symbolem i medytacji nad nim.

To dobrze, że możemy sobie w sposób metaforyczny pozwolić na rozpoczęcie od nowa. Upojeni szampanem i nadzieją snujemy plany na nadchodzący rok i pozwalamy sobie na powzięcie słynnych noworocznych postanowień. Każdy z nas wie, co następuje po obudzeniu się 1 stycznia. Choć nie - 1 stycznia jeszcze jesteśmy pod wpływem klimatu niedawno zakończonej imprezy. Jednak 2 stycznia, czyli dzisiaj okazuje się, że szampan zdążył z nas wywietrzeć, a razem z nim wietrzeją owe dopiero co powzięte postanowienia. I z każdym dniem wizja pięknie rozświetlających niebo fajerwerków zaczyna blednąć, kolory matowieć i płynnie przechodzimy do szarej codzienności.

Może łatwiej byłoby nam, gdyby rzeczywiście nowy rok rozpoczynał się 21 marca? Myślę, że tak. Codziennie patrzylibyśmy na topniejący śnieg i budzące się życie, odczuwalibyśmy ciepło wiosny, cieszylibyśmy się blaskiem wiosennego słońca. Wtedy być może ziarno noworocznych postanowień, zasiane w atmosferze radości, bardziej naturalnie puszczałoby pędy.

Jednak wcale nie musi być tak, że przyjemna atmosfera sylwestrowej nocy i złożone sobie samemu obietnice, zostaną zaprzepaszczone. Niech będzie tak, jak napisał Dante w "Boskiej komedii":

"Potężny płomień rodzi się z maleńkiej iskry"

O tą małą iskrę musimy jednak dbać. Nie może zabraknąć jej paliwa i tlenu. Rozniecajmy ten płomień cały czas. Pielęgnujmy go. Czujnie i pilnie wypatrujmy inspiracji. Z takim podejściem znajdziemy ją dosłownie wszędzie w otaczającym nas świecie. Postaram się, aby na tym blogu nie zabrakło zachęty do wdrażania w życie pięknych planów, rozwijania się, wzrastania.

Niniejszym rozpoczynam tego bloga :) Przyjemnego chrupania ciasteczka. Mam nadzieję, że każdego dnia nie zabraknie świeżej dostawy :)