niedziela, 18 lutego 2018

Zawiązek biblioteki każdego dżentelmena

Moda. Dla jednych treść życia, a przynajmniej bardzo istotna jego część. Dla innych powód do złości i narzekania. Jedni podążają wyznaczonymi przez modę szlakami, a drudzy, chcąc uchodzić za uduchowionych intelektualistów mówią o modzie jako czymś nieporządanym, bezsensownym i kiczowatym.

Ja znajduję się gdzieś pośrodku, a jednak bliżej tego intelektualnego bieguna. Moda była, jest i będzie. Z obserwacji biologicznych wynika, że każda cecha osobników danego gatunku układa się w krzywą Gaussa. Nie będę wyjaśniał, czym ona jest - po to jest Wikipedia :) Powiem tylko to, że np. w przypadku człowieka, większość jest przeciętnie wysoka, przeciętnie gruba i przeciętnie inteligentna. Dlatego z punktu widzenia ludzi, którzy rozwijają się intelektualnie, prą do przodu, wybijają się ponad innych, moda będzie kiczowata. Ale pomimo utyskiwania owych "inteligentów" zawsze będzie, bo zawsze większość będzie średnio rozgarnięta. Prawdziwie uduchowiony i dojrzały człowiek, pomimo swoich antypatii, powinien ten fakt zaakceptować jak mróz w zimie i plagę komarów w lecie - irytujące, ale chcąc niechcąc trzeba z tym żyć.

W historii różne były jednak mody. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka pt. "Opowieść o Dickensie" Eleanor Graham - biografia wspomnianego w tytule pisarza. Dzięki takim książkom literatura staje się żywa, twórcy bliżsi nam, a historia interesująca. Gdzieś na początku wspomina się o ojcu Charlesa, który "zamówił kiedyś komplet książek, które jak powiadało ogłoszenie, stanowiły zawiązek biblioteki każdego dżentelmena". Wśród około dwudziestu tomów znalazły się takie dzieła jak: "Robinson Cruzoe", "Podróże Guliwera", "Bajki z tysiąca i jednej nocy", "Don Kichote". Były pięknie wydane, dobrze ozdabiały półkę i... to wszystko, ponieważ nie były czytane, bo też nie po to zostały kupione. Kupiono je, bo była moda na bycie dżentelmenem. I, jak wynika z krzywej Gaussa, większość ludzi udawała obycie, taktowność i oczytanie, ale przynajmniej udawała to, a nie co innego.

Dzisiaj jest moda na inne rzeczy, bo też żyjemy w innych czasach. Dzisiaj jest moda na rzeczy, które daaaaaleko odbiegają od ideału wiktoriańskiego dżentelmena. Sławni stają się ludzie, którzy udowodnią, że są bardziej żenujący niż przeciętność. Rozgłos zdobywa się nagrywając coś skrajnie głupiego i umieszczając to na YouTube, rozbierając się publicznie, robiąc jakiś idiotyzm. Jeżeli ktoś ma inne odczucie, to znaczy, że od dawna nie obcuje z przeciętnymi ludźmi i delikatnie mówiąc uległ odrealnieniu.

Trzeba jednak przyznać, że to się trochę zmienia. Ślędzę niektóre znane profile na Instagramie z czystej ciekawości przyrodnika. Zauważyłem, że mniej więcej w 2016 roku zaczęła się powoli przebijać na powierzchnię mułu moda na czytelnictwo. To bardzo pozytywne zjawisko. Jak zawsze mówię, każda influencerka prędzej czy później sfotografuje się z książką.

Powiesz: "No dobrze, ale przecież ona pewnie i tak tej książki nie czyta". Fakt, ale skoro większość zawsze będzie przeciętna, to wolę, aby na czasie było udawanie dżentelmena, którym się nie jest, niż udawanie idioty, którym się nie jest.

Przy kawie się po prostu rozmawia...

Niedzielny poranek. Wstałem okropnie niewyspany. Często w weekend ulegam pokusie zarwania części nocki i poświęcenia czasu na rzeczy, które naprawdę lubię, a na które w tygodniu mam ograniczony czas. A później... Nie wiem, jak to określić. Nie żałuję, bo to za duże słowo. Czasami po prostu chciałbym zarwać nockę i wyspać się jednocześnie, choć wiem, że to raczej niemożliwe :) W każdym razie wstałem niewyspany.

W piątek robiłem zakupy i do kawy Tchibo Black&White dołączony był gratis w postaci prostego kubka termicznego. Fajny, gustowy, czarno-biały kubek. Zaparzyłem dziś rano kawę, przelałem do kubka, posłodziłem odrobiną trzcinowego cukru i... wyszedłem na balkon. Wychodzi na jedną z bardziej uczęszczanych ulic mojego miasta. O 9 pojawiały się już grupki ludzi, ruch uliczny był umiarkowany, przyjemnie świeciło słońce, trawniki pokrywał już lekko rozpuszczający się śnieg, łagodny wiatr poruszał drzewami (których w moim mieście jest wiele).

Popijałem kawę z mojego nowego kubka, patrzyłem na kołyszące się gałęzie, przemykających ludzi, jeżdżące samochody. I wiecie co? Było przyjemnie. Spokój poranka, budzące się miasto, słodko-gorzka kawa, rześkie powietrze.

Mało mam takich chwil w ciągu tygodnia. Zbyt mało. Zazwyczaj mój umysł jest zajęty. Jeśli nie pracuję, to mam inne sprawy do załatwienia. Kiedy idę chodnikiem, myślę. Ja naprawdę dużo myślę. Rozmawiam sam ze sobą - całe szczęście nie na głos :) Wieczorem prysznic, czuję ciepło i miękkość kołdry i gasnę... Budzę się rano i znów mój umysł jest czymś zajęty. I dlatego cenię chwilę takie jak ta, którą opisałem powyżej.

Po co ja to w ogóle piszę? No właśnie. Ostatnio koleżanka czytająca tego bloga powiedziała mi, że to fajnie, że może poczytać moje teksty, bo widzimy się rzadko, a blog daje jej możliwość przynajmniej takiego kontaktu ze mną. I doznałem olśnienia.

Z natury jestem perfekcjonistą i nigdy nie jestem do końca zadowolony z tego, co wykonam. Widzę wady, choć zalety również. Tak samo jest z tekstami zamieszczanymi tutaj. Staram się je wygładzać, poprawiać, udoskonalać i z trudem naciskam potem przycisk "publikuj". Zamieszczam link na Facebooku i Instagramie i... stało się. Już ktoś zaczął to czytać i to powstrzymuje mnie przed poprawianiem w nieskończoność.

Ale to, co powiedziała mi moja koleżanka, zmieniło moje myślenia na temat tego bloga. Zachowuję się tak, jakbym pisał dla prestiżowej gazety, tymczasem moich czytelników jest ledwie garstka, która na szczęście się powiększa i oby ta tendencja trwała. Chcę dzielić się cennymi myślami z innymi ludźmi. Ale póki co jest ich niewielu. A większość mnie zna i lubi. Zaglądają, by zobaczyć, co u mnie, o czym myślę, do jakich wniosków dochodzę. Chcieliby napić się ze mną kawy i pogadać w miłej atmosferze, mamy niewiele okazji ku temu, a ten blog umożliwia im to przynajmniej wirtualnie.

Teraz będzie inaczej. Będę siadał częściej i kładł dłonie na klawiaturę. Będę z Wami rozmawiał przy kawie. Pozwolę myślom płynąć swobodnie. Wyobrażam sobie, że tu jesteście i ucinamy sobie spokojną, ciekawą pogawędkę. Koniec oficjalnego tonu - będę się dzielił nawet prostymi myślami. A wy komentujcie pod wpisami, o ile oczywiście macie na to ochotę. Tak możemy stworzyć sobie tutaj miejsce wspólnych spotkań.

Życzę Wam miłej, spokojnej niedzieli, Przyjaciele.

sobota, 3 lutego 2018

Czym naprawdę jest asceza?

Każdy, kto mnie zna, wie, że uwielbiam czytać książki. Każdy też wie, że kiedy zamierzam coś powiedzieć, mam tendencję do dygresji, zanim przejdę do sedna. Uważam, że czasami warto przy okazji mówienia o czymś, zahaczyć o inny temat.

Zatem lubię czytać. Nie czytam wszystkiego, co mi wpadnie w ręce. Po pierwsze, nie dysponuję tonami wolnego czasu, raczej muszę sobie go odpowiednio organizować, żeby znaleźć czas na pasję czytania. Po drugie, gdybym nawet miał go dużo, wolałbym go nie marnować na coś, co nic do mojego życia nie wnosi. Rozmiłowuje się w powieściach, ale takich, które posiadają przesłanie i ubogacają mój zasób wiedzy. Śledząc akcję opowieści, pragnę się czegoś dowiedzieć o otaczającym świecie, znaleźć informację, która rozbudzi mój umysł, zmusi do poszukiwań i przez to poszerzy horyzonty.

Do takich powieści należy na pewno "Rękopis znaleziony w Saragossie" Jana Potockiego. Ta książka sprzed ponad 200 lat należy do klasyki literatury światowej (tak, światowej) i jest z całą pewnością jedną z najbardziej tajemniczych ksiąg, które kiedykolwiek zostały napisane. Czytelnikom przyznam się, że mam obsesję związaną z "Rękopisem...", ale o tym innym razem.

Potocki stworzył dzieło niemalże encyklopedyczne. W historii uczestniczy dziesiątki postaci, fachowców w różnych profesjach, uczonych, władców, itd. Dialogi są poświęcone m.in.: historii, sztuce, matematyce, fizyce, astrologii. "Rękopis znaleziony w Saragossie" to perła pośród ksiąg. Zdecydowanie.

W rozdziale czterdziestym dziewiątym wspomniany jest niejaki Hervas. Postać ta wzorowana jest na prawdziwej osobie - eks-jezuicie hiszpańskim o tym samym nazwisku, który w 1780 roku wydał dwudziestotomowe dzieło, obejmujące zupełne traktaty poświęcone różnym naukom. Bohater książki Jana Potockiego wydał 100 tomów, a każdy był wnikliwym i obszernym wykładem takich nauk jak np.: gramatyka, historia, zoologia, metalurgia, neurologia, etiologia, farmacja, weterynaria, fizyka, prawodawstwo, bibliografia, topika polemiki, hermeneutyka, magia, optyka i wiele wiele innych. Nawiasem mówiąc, ciekawym doświadczeniem było dowiedzieć się, jak wiele nauk rozwijało się już w XVIII wieku i wcześniej.

Pośród tych tomów, siedemdziesiąty trzeci poświęcony był "ascetyce, czyli nauce o pobożnych ćwiczeniach" (tak definiuje ten termin sam autor). I tak kończy się dygresja, a zaczyna się główny temat tego wpisu.

Żyjemy w czasach, kiedy wspomnienie o ascezie wywołuje u większości ludzi raczej przykre odczucia okraszone kwaśną miną. "Asceza? Wyrzeczenie? Miałbym żyć jak mnich? Bez przyjemności? To nie dla mnie. Zmieńmy lepiej temat". Umysł współczesnego człowieka potrzebuje stałej dawki stymulantów, nie tylko substancji chemicznych, ale też mnóstwa bodźców umysłowych. Zalewają nas tony nowinek, "niusów", plotek, zdawkowych ciekawostek. Nasze ciało i umysł musi ciągle coś żreć, konsumować, przetwarzać. Dzieje się to w sposób chaotyczny, nieregularny, niezdrowy i toksyczny. Jesteśmy jak dzieci, które żrą cukierki aż się porzygają. A dziecko nie lubi, kiedy rodzic, dla jego dobra rzecz jasna, chce mu ograniczyć ilość słodyczy w diecie. Dziecko buntuje się, podbiera słodycze wykorzystując nieuwagę rodzica, je i potem cierpi na ból brzucha.

Owym rodzicem jest właśnie asceza. Czym ona właściwie jest? Kojarzy nam się właściwie wyłącznie z religią. Na myśl o niej nasz umysł przywołuje obrazy takiego Szymona Słupnika czy buddyjskiego mnicha zaszytego w Himalajach. Ascetę wyobrażamy sobie jako człowieka, który w zależności od szkoły albo się nie myje, albo nie uprawia seksu, albo żywi się korzonkami, albo cały dzień pogrążony jest medytacji, albo robi wszystkie te i inne rzeczy naraz.

Asceza tymczasem jest niczym mniej i niczym więcej jak tylko "ćwiczeniem umysłu". Termin "asceza" pojawił się po raz pierwszy w Starożytnej Grecji i odnosił się do ćwiczeń fizycznych przygotowujących zawodnika do Olimpiady. W późniejszym okresie zaczęto używać słowa "asceza" jako określenia ćwiczeń nie ciała, lecz ducha. I tak jak przygotowanie do zawodów wymaga dyscypliny, wyrzeczeń, morderczego treningu, trudu, potu, krwi i łez, tak osiągnięcie doskonałości umysłowej wymaga odpowiednich ćwiczeń. Kto chce mieć umysł przejrzysty, bystry, jasny, wyostrzony, obszerny, potężny, ten musi poddać się ascezie. Innego wyjścia nie ma.

Jak zatem osiągnąć intelektualną wielkość? W jaki sposób trenować umysł? Metod jest ogromna ilość, do wyboru według potrzeb. Chodzi przede wszystkim o to, aby na umysł nałożyć wędzidło, jak na pysk dzikiego konia, którego chcemy ujarzmić. Bez tego nasz umysł najczęściej biegnie dokąd chce, marnuje siły na bezsensowny cwał na manowce, wyczerpuje się, wypala. Musimy uczyć się tropić wszystkie przeszkody myślenia i eliminować je. Musimy złapać umysł za łeb i podporządkować go naszej woli. Po co? By mógł nam lepiej służyć swoją siłą.

Jeżeli asceza umysłowa jest dla Ciebie czymś nowym, to tak naprawdę póki co nie potrzebujesz od razu szukać podręcznika medytacji, motywacji i czegotamkolwiek innego. Na razie powinieneś sobie głęboko uświadomić, jak bardzo Twój umysł jest Ci nieposłuszny. Przekonaj się, jak trudno go zmusić do skupienia się na jednej myśli przez dłuższy czas. Zauważ, jak szybko myśl ucieka tam, gdzie wcale nie chcemy. Zwróć uwagę, jak wiele myśli odwiedza nas, chociaż ich wcale nie zapraszaliśmy. Zdaj sobie sprawę z tego, jak często opanowują Cię przeróżne emocje i nie potrafisz się mocą woli uwolnić spod ich władzy, dopóki same nie zgasną. Jeśli jest tak, jak powyżej, to brawo - zdiagnozowałem problem, a dobra diagnoza to połowa drogi do uzdrowienia.

A teraz ćwicz. Jak? Na początek staraj się zrobić coś prostego. Wybierz sobie jakiś interesujący cytat i spróbuj przez pięć minut zastanawiać się nad jego treścią. Włącz stoper, który zasygnalizuje upływ czasu dzwonkiem. Jeżeli myśli zaczną dryfować, złap za lejce i zawróć je na właściwy tor. Zwiększaj stopniowo czas koncentracji. Upadaj i podnoś się. Próbuj. Nie ustawaj.

Innym sposobem jest skupienie się nie na jakiejś konkretnej myśli, a zamiast tego obserwacja otoczenia, w którym się znajdujemy. Przyglądajmy się szczegółom jakiegoś przedmiotu przez pięć minut. Bierzemy do ręki np. książkę i przyglądamy się jej. Dotykamy jej okładki, kartek, wąchamy ją, słuchamy szelestu papieru. Staramy się zauważyć jak najwięcej szczegółów.

Ważną umiejętnością jest też zupełne wyciszenie myśli, czyli myślenie o niczym. To jest chyba najtrudniejsze dla współczesnego człowieka, ale bez obaw - jest to wykonalne przy odrobinie dyscypliny.

Dość gadania i do dzieła. Powodzenia :)

sobota, 6 stycznia 2018

Nie ma klęsk ostatecznych!

Jest szósty dzień 2018 roku. Złośliwie powiem, że już niedługo nadejdzie moment, kiedy ponad połowa ludzi, którzy poczynili postanowienia noworoczne, podda się, porzuci je i będzie dalej wiodła życie, tak jakby nigdy ich nie podjęła. Nie jest to jednak do końca złośliwe z mojej strony. Albo inaczej - ta złośliwość ma na celu pobudzenie tego, kto to czyta, do myślenia na temat swojego nastawienia umysłu w stosunku do podjętych postanowień (o ile w ogóle je podjął)

"Nowy rok - nowy ja". To powiedzenie weszło na naszego leksykonu porzekadeł. Często traktujemy je żartobliwie, a kryje się za nim coś naprawdę mądrego. Spotkałem kilka osób w swoim życiu, które stwierdzają, że pierwszy dzień roku jest dniem takim samym jak każdy inny i wyrażają swoje niezrozumienie w stosunku do idei podejmowania jakichkolwiek postanowień na rozpoczynający się rok. Wszak jedyne, co się racjonalnie zmieniło, to kalendarz, zatem nie jest to właściwie żaden wyjątkowy dzień. Inni z kolei mówią, że nie należy czekać na jakiś wyjątkowy dzień, a zamiast tego zmianę zacząć od obecnej chwili.

W pewien sposób rozumiem ten racjonalny realizm. Ale człowiek to nie tylko rozum, prawda? Człowiek to też serce, a serce to siedlisko uczuć boskich: wiary, nadziei, tęsknot, inspiracji. Racjonalnie myśląc, pomiędzy 31 grudnia 2017 roku a 1 stycznie 2018 roku nic się nie stało. A jednak zamknął się pewien okres. Firmy dokonują podsumowania roku. Skończył się rok podatkowy :) Jest to pewna magiczna granica (a magia czasami wymyka się zimnemu rozumowaniu) i jeżeli odczuwamy, że coś się skończyło, a coś się zaczyna, to warto z tego ciepłego uczucia skorzystać, zamiast je racjonalizować. Jeżeli wewnętrznie odczuwamy, że jakiś okres bezpowrotnie minął, że stworzyła się przestrzeń dla czegoś nowego; jeżeli napawa nas to nadzieją, wiarą w lepszą przyszłość; jeżeli dodaje nam to otuchy, energii twórczej, to napawajmy się tym i przeobraźmy w rzeczywistość.

Często w blasku wybuchających świetlistych fajerwerków wlewa się w nas ekscytacja i uniesienie. Przypływa sił. Zaczyna nam się wydawać, że w nadchodzącym roku WSZYSTKO się zmieni, że zaczniemy przenosić góry, że każdy dzień będzie pięciem się na wysokości.

Mijają dni, a wraz z nimi nasz zapał. Postanowiliśmy codziennie "coś tam" robić. Przez pewien czas trwamy w tym, potem chęci słabną, aż w końcu przychodzi ten sądny dzień - pierwszy dzień, w którym nie wykonaliśmy owego "czegoś tam". I zazwyczaj czujemy smak porażki, wszak nie wywiązaliśmy się ze złożonej sobie obietnicy. Co gorsza - czasami rozgłaszamy nasze postanowienia i tego sądnego dnia czujemy wstyd przed tymi, którzy wiedzą. Przygniata nas to. Skutek jest taki, że po pewnym okresie wstydu wobec siebie i świata, zacieramy po sobie ślady, a postanowienie zamienia się w nicość. I dni płyną dalej tak samo, jak przez 1 stycznia.

Sięgam w tej chwili po książkę, która pomogła mi w inny sposób spojrzeć na opisany powyżej typ "porażek". Czytałem ją w 2016 roku. Wiem to, ponieważ mam w zwyczaju na końcu książki wpisywać ołówkiem datę, kiedy ją skończyłem, do czego przy okazji serdecznie zachęcam. Pomimo tego, że upłynęły już prawie dwa lata od momentu odłożenia jej na półkę, w głowie pozostało mi przynajmniej kilka cennych myśli Jedną z nich jest powtarzany przez autora przez całą długość dzieła wątek, że nie ma klęsk ostatecznych. Tak książka nosi tytuł "Nie ma kresu sukcesom, nie ma klęsko ostatecznych", a autorem jest Robert H. Schuller.

Co autor miał na myśli mówiąc, że nie ma klęsk ostatecznych? Podaje mnóstwo przykładów znanych sobie ludzi, którzy podejmowali różne postanowienia zmiany swojego życia, ot choćby - zaprzestania palenia papierosów. Kto rzucał ten wie, że to bardzo trudne zadanie. Wielu ludzi nawet po miesiącach abstynencji od tytoniu, wraca do nałogu. Dlaczego? Przychodzi taki dzień, że z różnych przyczyn, biorą do ręki papierosa, odpalają go i bum - miesiące wyrzeczenia pękły jak bańka mydlana. Co wtedy myśli palacz? "Cóż, uległem, przegrałem". Czuje, że miesiące, kiedy nie palił, to zmarnowany czas. I to zmarnowany bez sensu, skoro przecież powrócił do nałogu. Ta myśl powoduje, że pali znów i dusi w sobie myśl o ponownej próbie zerwania z tytoniem, ponieważ jego doświadczenie przekonało go, że i tak się nie uda.

I tutaj wkracza Robert H. Schuller, który w wielu mądrych i cennych słowach, powołując się na wiele przykładów wziętych z życia, sączy do umysłu czytelnika dowody na to, że palacz, który po długim okresie wstrzymywania się zaczął znowu palić, nie powinien traktować czasu abstynencji ani jako "zmarnowanego", ani tym bardziej jako "zmarnowanego bez sensu".

Powiedzmy, że nie palił przez rok, a podaję ten przykład, ponieważ mój znajomy z pracy właśnie tyle wytrwał. Jeden papieros spowodował, że się poddał. A poddał się, bo zwątpił w sens swojego zamierzenie i w siebie samego. Być może również się wstydził przez osobami ze swojego otoczenia, że wrócił do palenia. Być może nie podejmuje dalszych prób, bo nie chce się znowu wstydzić. Trudno powiedzieć, ale warto zwrócić uwagę, że to NIE JEST OSTATECZNA KLĘSKA. Nie palił rok. To bardzo, bardzo długo, a mówię to jako niestety nałogowy palacz. Ja jestem z niego dumny, on też powinien być dumny z siebie. Ten rok mógł spędzić na ciągłym paleniu, ale przecież nie palił. To jasny dowód na to, że potrafi, że zwyciężył. Przegrał bitwę, ale czy to koniec wojny. Przecież już zyskał. Zyskał rok życia bez papierosa w polepszającym się z każdym dniem zdrowiu. Tych trzystu sześćdziesięciu pięciu ciężkich dni wielorakich korzyści w żaden sposób nie da się wymazać. Nikt i nic nigdy mu tego nie odbierze. Ten rok to jego osiągnięcie. Teraz powinien próbować znowu. Jeśli się nie uda, podejmie kolejną próbę. Każdy dzień bez papierosa, to właśnie dzień bez papierosa, czyli dzień wygrany. Tak nauczyłem się myśleć o tzw. "niewypełnionych postanowieniach".

Kiedyś obiecałem sobie pisać regularnie na blogu. I czułem się zawiedziony sobą, kiedy nie udało mi się tej regularności utrzymać. Ale wciąż pisałem. Piszę. I będę pisał. Każdy opublikowany tekst jest opublikowany, prawda? Napisałem go. Ktoś go przeczytał. Być może z niego skorzystał. I świetnie, brawo ja. Udało się. I napisałem ten tekst, stworzę kolejny i następny. Ich liczba rośnie i mogę cieszyć się tym, że zrobiłem coś z mojego punktu widzenia trwałego. Być może nie teraz, być może nie za rok nawet, ale jeżeli będę uparcie tworzył, to tworzenie będzie w końcu naturalnie regularne. Moje teksty nie są też doskonałe. I nie chodzi mi nawet o to, że ktoś widzi w nich niedociągnięcia. Zawsze ktoś będzie je widział. Sęk w tym, że ja nie jestem w pełni zadowolony z tego, co piszę. Wiem, że potrafię lepiej. Mam w sobie coś z perfekcjonisty. Jestem jednak świadomy, że nie ma lepszego sposobu udoskonalenia pisania jak samo pisanie. Zatem wybaczam sobie niedoskonałości i trwam w działaniu.

Dziecko zamierza odkładać codziennie do skarbonki 1 złoty. Po dwustu dniach zapomina to zrobić, o czym przypomina sobie następnego dnia. Czy fakt, że "opuściło" dzień to taka wielka klęska? Czy wydarzenie to powinno je zniechęcić do dalszego pilnego odkładania? Czyż nie ma w skarbonce już 200 złotych?

Ktokolwiek podupadł na duchu lub w przyszłości zmierzy się ze smakiem klęski z powodu niewywiązania się z dobrych postanowień, niech umocni się myślą, którą w tym przydługim wpisie starałem się przedstawić. Głowa do góry :)

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Umysł Sherlocka Holmesa

W ostanim wpisie snułem rozważania na temat uważności. Najważniejszym wnioskiem jaki płynie z tych rozważań jest prosta prawda: jeżeli chcemy czerpać z chwil życia więcej doznań, konieczne jest spowolnienie prądu myśli przy jednoczesnym poszerzeniu umysłu tak, by docierały do niego impulsy ze wszystkich zmysłów.

Sir Arthur Conan Doyle - lekarz, filozof, spiritysta, wybitny pisarz, stworzył nieśmiertelną postać Sherlocka Holmesa. W jego detektywistycznych opowiadaniach wplata wiedzę na przeróżne tematy. Jednak głównym wątkiem przewijającym się przez całą serię opowieści jest hołd złożony zdolności do  obserwacji szczegółów i wyciągania celnych wniosków dzięki niezwykłej mocy ludzkiego rozumu.

Sherlock Holmes kojarzy się przede wszystkim z umiejętnością dostrzegania rzeczy, których nikt poza nim nie widzi, chociaż jest świadkiem tej samej sceny. Jego umysł funkcjonował inaczej niż umysły tych, którzy go otaczali. Sherlock Holmes do perfekcji opanował sztukę uważności.

Myśli zdecydowanej większości z nas poruszają po koleinach rutyny. Patrząc na coś wielokrotnie uczymy się postrzegać to w schematyczny sposób. Często zdumiewa nas, że małe dzieci, znane przecież z głodnej ciekawości świata, potrafią zwrócić nam uwagę na jakiś detal, na który od dawna nie zwracaliśmy uwagi, ponieważ przyzwyczailiśmy nasze umysły do pomijania go w procesie obserwacji. Pamiętam, kiedy będąc małym chłopcem, zwróciłem podczas spaceru uwagę mojego taty na fakt, że biegnący pies nigdy nie prostuje tylnych łap.

Wspomniane pomijanie szczegółów podczas obserwacji jest naturalną reakcją naszego umysłu na nadmiar bodźców. Widzimy tylko zarysy przedmiotów i uogólnione obrazy scen, bo przecież gdybyśmy byli uważni przez cały czas, skończyłoby się to ciężkim rozstrojem psychiki. Problem polega na tym, że kierowani rutyną, nie przerywamy tego schematycznego myślenia treningiem uważności i w ten sposób zatracamy umiejętność postrzegania szczegółów. To ma bardzo poważne skutki w naszym codziennym życiu. Trudno jest nam przerwać niekorzystne przyzwyczajenia, zerwać z nałogami, chłonąć nowe idee lub patrzeć na stare z innego punktu widzenia, bo przecież "od dawna wszystko dobrze wiemy na każdy temat".

W jaki sposób można zatem ćwiczyć uważność? To proste. Jesteś, drogi czytelników, gościem bloga zatytułowanego "Ciastko do kawy". Każdy mój wpis ma być dla Ciebie takim ciastkiem, które przegryzasz podczas picia kawy. Zakładam, być może naiwnie, że masz przed sobą kubek lub filiżankę wypełnioną pyszną, aromatyczną kawą. Przypatrz się temu naczyniu. Czy ma jakieś ozdoby? Czy coś jest na nim narysowane? Czy w którymś miejscu jest rysa? Może uchwyt jest ukruszony? Spójrz z zewnątrz na dno naczynia. Jest tam jakiś znak fabryczny? Z jakiego kraju pochodzi naczynie? W wielu kubkach na dnie po zewnętrznej stronie są wydrążone rowki po obu stronach. Zastanawiałeś się kiedyś po co się to robi? Którą dłonią trzymasz naczynie podczas picia? W jaki sposób układasz palce? Oblizujesz usta po wypiciu łyka napoju? To proste ćwiczenie, polegające na zadawaniu sobie pytań, można zastosować obserwując jakikolwiek przedmiot: książkę, talerz, łyżkę, cokolwiek.

Przyłapałem się na tym, że rozmawiając z kimś w cztery oczy, nie mam bladego pojęcia, jak jest ubrany. Mój umysł ocenia to jako nieistotne. Zatem ostatnio wypracowałem sobie zwyczaj picia popołudniowej kawy patrzą przy tym przez okno na wszystko, co dzieje się na zewnątrz. Spoglądam na przechodzących ludzi, na jadące samochody, szukam kształtów w chmurach, obserwuję słońce i księżyc. Staram się dostrzegać jak najwięcej szczegółów.

Trening czyni mistrza. Oczekuję więc rezultatów. Zachęcam również Ciebie do ćwiczenia zdolności obserwacji, życząc osiągnięcia w tym perfekcji Sherloka Holmesa.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Uważność, czyli dokładne wyciskanie cytryny

Jakiś czas temu, przeglądając kanały telewizyjne, natrafiłem na program kulinarny. Kucharz przygotowywał sos, w którym jednym ze składników był sok z cytryny. Aby go wydobyć używał prostego ręcznego wyciskacza. Przekroił cytrynę na pół, jedną część docisnął do wyciskacza, przekręcił niedbale kilka razy. To samo zrobił z drugą połówką, po czym oba wydrążone owoce cisnął do kosza.

Ten widok obudził we mnie refleksję. W tym owocu zostało jeszcze pewnie trochę soku, który został wyrzucony do kosza razem z resztkami. Jednak panu kucharzowi zależało na czasie. Dzisiaj kucharz musi działać na tyle szybko, żeby nie wywołać zniecierpliwienia w żyjącym w chronicznym pośpiechu kliencie restauracji. Oczami wyobraźni zobaczyłem jak ktoś w mgnieniu oka zjada sałatkę z tym sosem, przeżuwając każdy kęs tylko na tyle, aby przy połknięciu nie utknął w przełyku, a następnie biegnie do kolejnych zajęć.

Ostatnio, będąc na urlopie, postanowiłem zwolnić tempo zajęć do absolutnego minimum. Żadnego planowania wyjazdów, podróży, stresów. Zostałem w domu z bliskimi. Proste wydarzenie dało mi wiele do myślenia. Wychodząc z domu, głęboko zrelaksowany, zwróciłem po raz pierwszy od pięciu lat uwagę na rosnącą niedaleko bloku jarzębinę. Jak mogłem wcześniej się jej nie przyjrzeć? Nie zauważałem jej, ponieważ rano wybiegałem z mieszkania w drodze do pracy, a wracając z pracy do mieszkania szedłem zmęczony i zamyślony nad bieżącymi sprawami. A ta jarzębina tam ciągle stała, nie prosząc o uwagę. Gdzieś kiedyś przeczytałem pytanie: "Jak często patrzysz w niebo?". Prawdę mówiąc niezbyt często. A przecież błękit nieba pokryty chmurami w ciągu dnia jest taki piękny. Widok księżyca i gwiazd w nocy jest jak widowisko sceniczne. A ja nie patrzę w niebo, choć mogę to robić każdego dnia i nic mnie to nie kosztuje. Zamiast tego odtwarzam w głowie różne scenariusze bieżących zdarzeń, rozmyślam o kłopotach, trudnościach. Podczas swojego spokojnego ulopu dotarła do mnie ta właśnie myśl, którą teraz będę ze sobą nosił każdego dnia. Znalazłem skarb.

Carl Gustaw Jung stwierdził: "Hałas jest z pewnością tym złem naszych czasów, które jest najbardziej nieznośne. Dołączają do niego gramofon, radio, a teraz plaga telewizji". Wielki mędrzec nie dożył czasów internetu. Miałby powód do większego smutku. Żyjemy dzisiaj w morzu informacyjnego szumu, który rozstraja naszą psychikę. Burza bodźców burzy (sic) nasz spokój. Nie znosimy ciszy. Nie potrafimy już jak poprzednie pokolenia po prostu usiąść i obserwować, co dzieje się za oknem, popijając herbatę. Nie, my musimy "odpalić" muzykę, włączyć telewizję lub radio.

Ten pośpiech sprawia, że życie z całym swoim pięknem przelatuje nam przez palce. Minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu, rok za rokiem. Brak nam czegoś, co nazywa się uważnością.

Nad tym terminem toczy się wiele debat. Każdy rozumie go na swój właśny sposób, przykładając do tego wyjątkową dla siebie filozofię. Ja nie chcę jednak tutaj dzielić włosa na czworo, lecz jedynie zwrócić uwagę na bardzo ważny aspekt uważności.

Samo słowo mówi nam coś na temat "uwagi". Na myśl nasuwa się od razu zwolnienie tempa, ponieważ robienie czegoś z uwagą tego właśnie wymaga. Kiedy przykładamy do czegoś uwagę, zauważamy szczegóły. Są to często takie detale, które nam umykają, kiedy wykonujemy tą samą czynność w pośpiechu. Spiesząc się, tracimy wiele.

Weźmy na przykład jakieś zadanie. Wykonując je w pośpiechu, jesteśmy skazani na niezbyt doskonały wynik. Pomijamy szczegóły, efekt jest pełen niedoróbek.

A co z przyjemnościami? Czy z danej czynności czerpiemy tyle radości, ile to możliwe? 

Siadamy przed talerzem, a na nim smaczna kanapka. Większość z nas "wciąga" ją szybko. Ale przecież możemy zrobić to z "uważnością". Spójrzmy na nią, zobaczmy jak smacznie wygląda. Powąchajmy. Dotknijmy. Weźmy niewielki kęs, starając się go powoli przeżuwać, rozpoznając różne smaki. Usłyszmy jak skórka przyjemnie chrupie. To jest czepianie przyjemności z jedzenia wszystkimi zmysłami. Efektem ubocznym takiego spożywania posiłków jest fakt, że najemy się mniejszą ilością jedzenia, zamiast niepotrzebnie rozpychać brzuch i obciążać układ trawienny.

Kanapka to tylko przykład. Przedstawioną zasadę możemy zastosować ciesząc się spacerem. Rozglądajmy się częściej, starając się wyłapywać szczegóły. Starajmy się zauważać rzeczy, obok których przechodzimy na co dzień mimo.

Z każdej cytryny wyciskajmy cały sok.

środa, 3 maja 2017

Chiński tasak, czyli o umiejętnym wykorzystaniu posiadanych zasobów

To było dawno temu, kiedy jeszcze miałem w domu telewizor. W weekend na jednym z programów emitowano serię filmów dokumentalnych o podróżach kulinarnych po Chinach. Bardzo lubiłem te programy. Były to jedne z niewielu moim zdaniem wartościowych rzeczy w telewizji.

Dowiedziałem się z nich między innymi tego, że dobry chiński kucharz używa w swojej pracy jednego narzędzia. Jest nim tasak. Specjaliści potrafią nim robić cuda. Kroją rzeczy na tak malutkie kawałki, że trudno sobie wyobrazić, że robią to nożem. Chińscy kucharze potrafią posługiwać się tym tasakiem w iście magiczny sposób. W naszej kuchni używamy tak wielu różnych narzędzi, podczas gdy chińczykowi wystarczy jedno. Przygotowując posiłek w Europie, zostawiamy do mycia stertę przedmiotów. Chińczyk myje tasak i po sprawie.

Pamiętam, że to dało mi do myślenia. Zafascynował mnie fakt, jak bardzo praktyczne jest stosowanie jednego prostego narzędzia w kuchni. Zaoszczędza to czas i trud. Przenosi szalę ważności bardziej na kucharza, a nie na sprzęt, jakim on dysponuje. Chiński kucharz jednym narzędziem obiera cebulę, kroi, filetuje mięso, dryluje wiśnie, i tak dalej, i tak dalej.

I, jak to zawsze jest w moim przypadku, mój umysł zaczął szukać odniesienia tego wszystkiego do naszego codziennego życia.

Kiedyś moja nauczycielka od niemieckiego z czasów liceum mawiała, że jesteśmy teraz cywilizacją producentów śmieci. Na początku mnie oburzały te słowa, ale im więcej o nich myślałem, tym bardziej zgadzałem się z nimi. Cywilizacja konsumencka (jeżeli taką cywilizację można określać w ogóle mianem "cywilizacji") charakteryzuje się przerostem zużycia nad wytwarzaniem. Zauważmy chociażby, że stare sprzęty się teraz po prostu wyrzuca, zamiast je naprawić. Naprawa się nie opłaca, ponieważ taniej kupić jest nową rzecz. A jest tak dlatego, że produkuje się buble. Dobry sprzęt służy latami. Bubel tylko przez okres gwaracji. Swoją drogą magiczne jest to, że często psuje się często prawie dokładnie po upłynięciu tego okresu.

Chiny się oczywiście zmieniają. Zaraziły się naszym konsumenckim życiem. Jednak wciąż obecny jest tam duch czasów minionych, kiedy naród ten wytwarzał cywilizację i uczył inne narody. Możnaby o tym z pewnością wiele pisać. Ja chcę natomiast zwrócić uwagę na to, że Chińczycy to ludzie nadzwyczaj pragmatyczni. Wytwarzają rzeczy, które mają na celu służyć człowiekowi, ułatwiać jego życie. Mają sprawić, by nie tracił czasu na długotrwałe wykonywanie jakiejś czynności, skoro można ją uprościć, a zaoszczędzony czas poświęcić na coś ważniejszego.

Od jakiegoś czasu jem pałeczkami. Moja rodzina to zauważyła i na moje 32 urodziny dostałem zestaw ozdobnych pałeczek ze stali. Pałeczka może być symbolem tej chińskiej pragmatyczności zaraz obok tasaka. My, nie dość, że przygotowując posiłek używamy różnych narzędzi, to jeszcze spożywamy potem posiłek widelcem i nożem. Niewiele osób zwraca na to uwagę, ale przestrzenie pomiędzy zębami widelca są siedliskiem zarazków. Nie jestem higienicznym pedantem, jednak kiedy widzę widelec, w którym pomiędzy przestrzeniami jest ciemna naleciałość, to napawa mnie to obrzydzeniem. Pałeczka nie ma żadnych zakamarków. Myje się ją łatwo, a jeszcze łatwiej osusza. Jest praktyczna i higieniczna.

Prostota w działaniu i umiejętne wykorzystanie posiadanych zasobów. Symbolem tego są chińskie pałeczki i tasak. Chińczycy potrafią robić cuda z prostych rzeczy i za to ich cenię. W sobie i swoim otoczeniu zauważyłem tendencję do zaniechania działania w oczekiwaniu na lepsze okoliczności. Ktoś na przykład lubi rysować, ale nie rysuje, bo ma słabe kredki, ołówki, papier, nie stać go na lepsze farby, itd. Chińczyk rysowałby tym, co ma, ćwiczyłby umiejętności, które tylko bardziej się rozwinął, kiedy dostanie lepsze narzędzia.

Mam do wykonania jakieś zadanie. Co robię? Patrzę na ograniczenia? Patrzę, co mi jest potrzebne, a czego nie posiadam? Czy raczej patrzę na posiadane zasoby i zastanawiam się, w jaki sposób mogę użyć tego, co już mam pod ręką? Inteligencja to umiejętność dostosowania się do sytuacji. Kiedy ruszymy głową, okaże się, że z tych niewielkich posiadanych zasobów, przy obrobinie pomysłowości, inwencji twórczej, możemy zrobić coś wartościowego.

Potrzeba jest matką wynalazku. Tak było kiedyś. Tak być powinno. Teraz potrzeba jest bodźcem, by pójść do sklepu i dokupić kolejną bezwartościową rzecz. Dorastałem w latach 90'. Nie mieliśmy wymyślnych zabawek, tabletów, komputerów. Ale potrafiliśmy wymyślić sobie zabawę i to, uważam, było bardzo fajne. Moja babcia robiła lalki z siana i bawiła się nimi świetnie z koleżankami. Dzisiejszym dzieciom zabieramy możliwość rozwoju pomysłowości, podkładając im pod nos gotowe interaktywne zabawki.

To samo dotyczy dorosłych. Kiedyś do dobrej zabawy wystarczyła talia kart do gry. Można było nią grać w wista, brydża, tysiąca, układać przeróżne pasjanse. Wszystko to było możliwe dzięki jednej jedynej talii kart. Ludzie grali, spędzali ze sobą czas, śmiali się, zdrowo rywalizowali przy partyjce, nie wykosztowując się przy tym. Dzisiaj często siedzą przed telewizorem za wiele tysięcy, który posiada coraz więcej funkcji, z których i tak nikt nie korzysta, oglądają "Taniec z gwiazdami" i "Twoja twarz brzmi znajomo". Oddają się rozrywce, podczas której umysł ludzki cofa się w rozwoju.

Na koniec postawię pewną tezę. Jestem pewien, że gdybyśmy wszyscy, każdy z nas, naprawdę ruszyli głową, obudzili w sobie pomysłowość i zaczęli wykorzystywać wszystko, co umożliwia nam technologia, to cywilizacja rozwijałaby się jeszcze szybciej. Rozejrzyjmy się po tym, co posiadamy. Pobawmy się pomysłami. Do czego jeszcze mogę użyć tej czy tamtej rzeczy? Jak lepiej mogę wykorzystać posiadane przedmioty? Może mogę znaleźć dla nich jakąś nową funkcję?