środa, 3 maja 2017

Chiński tasak, czyli o umiejętnym wykorzystaniu posiadanych zasobów

To było dawno temu, kiedy jeszcze miałem w domu telewizor. W weekend na jednym z programów emitowano serię filmów dokumentalnych o podróżach kulinarnych po Chinach. Bardzo lubiłem te programy. Były to jedne z niewielu moim zdaniem wartościowych rzeczy w telewizji.

Dowiedziałem się z nich między innymi tego, że dobry chiński kucharz używa w swojej pracy jednego narzędzia. Jest nim tasak. Specjaliści potrafią nim robić cuda. Kroją rzeczy na tak malutkie kawałki, że trudno sobie wyobrazić, że robią to nożem. Chińscy kucharze potrafią posługiwać się tym tasakiem w iście magiczny sposób. W naszej kuchni używamy tak wielu różnych narzędzi, podczas gdy chińczykowi wystarczy jedno. Przygotowując posiłek w Europie, zostawiamy do mycia stertę przedmiotów. Chińczyk myje tasak i po sprawie.

Pamiętam, że to dało mi do myślenia. Zafascynował mnie fakt, jak bardzo praktyczne jest stosowanie jednego prostego narzędzia w kuchni. Zaoszczędza to czas i trud. Przenosi szalę ważności bardziej na kucharza, a nie na sprzęt, jakim on dysponuje. Chiński kucharz jednym narzędziem obiera cebulę, kroi, filetuje mięso, dryluje wiśnie, i tak dalej, i tak dalej.

I, jak to zawsze jest w moim przypadku, mój umysł zaczął szukać odniesienia tego wszystkiego do naszego codziennego życia.

Kiedyś moja nauczycielka od niemieckiego z czasów liceum mawiała, że jesteśmy teraz cywilizacją producentów śmieci. Na początku mnie oburzały te słowa, ale im więcej o nich myślałem, tym bardziej zgadzałem się z nimi. Cywilizacja konsumencka (jeżeli taką cywilizację można określać w ogóle mianem "cywilizacji") charakteryzuje się przerostem zużycia nad wytwarzaniem. Zauważmy chociażby, że stare sprzęty się teraz po prostu wyrzuca, zamiast je naprawić. Naprawa się nie opłaca, ponieważ taniej kupić jest nową rzecz. A jest tak dlatego, że produkuje się buble. Dobry sprzęt służy latami. Bubel tylko przez okres gwaracji. Swoją drogą magiczne jest to, że często psuje się często prawie dokładnie po upłynięciu tego okresu.

Chiny się oczywiście zmieniają. Zaraziły się naszym konsumenckim życiem. Jednak wciąż obecny jest tam duch czasów minionych, kiedy naród ten wytwarzał cywilizację i uczył inne narody. Możnaby o tym z pewnością wiele pisać. Ja chcę natomiast zwrócić uwagę na to, że Chińczycy to ludzie nadzwyczaj pragmatyczni. Wytwarzają rzeczy, które mają na celu służyć człowiekowi, ułatwiać jego życie. Mają sprawić, by nie tracił czasu na długotrwałe wykonywanie jakiejś czynności, skoro można ją uprościć, a zaoszczędzony czas poświęcić na coś ważniejszego.

Od jakiegoś czasu jem pałeczkami. Moja rodzina to zauważyła i na moje 32 urodziny dostałem zestaw ozdobnych pałeczek ze stali. Pałeczka może być symbolem tej chińskiej pragmatyczności zaraz obok tasaka. My, nie dość, że przygotowując posiłek używamy różnych narzędzi, to jeszcze spożywamy potem posiłek widelcem i nożem. Niewiele osób zwraca na to uwagę, ale przestrzenie pomiędzy zębami widelca są siedliskiem zarazków. Nie jestem higienicznym pedantem, jednak kiedy widzę widelec, w którym pomiędzy przestrzeniami jest ciemna naleciałość, to napawa mnie to obrzydzeniem. Pałeczka nie ma żadnych zakamarków. Myje się ją łatwo, a jeszcze łatwiej osusza. Jest praktyczna i higieniczna.

Prostota w działaniu i umiejętne wykorzystanie posiadanych zasobów. Symbolem tego są chińskie pałeczki i tasak. Chińczycy potrafią robić cuda z prostych rzeczy i za to ich cenię. W sobie i swoim otoczeniu zauważyłem tendencję do zaniechania działania w oczekiwaniu na lepsze okoliczności. Ktoś na przykład lubi rysować, ale nie rysuje, bo ma słabe kredki, ołówki, papier, nie stać go na lepsze farby, itd. Chińczyk rysowałby tym, co ma, ćwiczyłby umiejętności, które tylko bardziej się rozwinął, kiedy dostanie lepsze narzędzia.

Mam do wykonania jakieś zadanie. Co robię? Patrzę na ograniczenia? Patrzę, co mi jest potrzebne, a czego nie posiadam? Czy raczej patrzę na posiadane zasoby i zastanawiam się, w jaki sposób mogę użyć tego, co już mam pod ręką? Inteligencja to umiejętność dostosowania się do sytuacji. Kiedy ruszymy głową, okaże się, że z tych niewielkich posiadanych zasobów, przy obrobinie pomysłowości, inwencji twórczej, możemy zrobić coś wartościowego.

Potrzeba jest matką wynalazku. Tak było kiedyś. Tak być powinno. Teraz potrzeba jest bodźcem, by pójść do sklepu i dokupić kolejną bezwartościową rzecz. Dorastałem w latach 90'. Nie mieliśmy wymyślnych zabawek, tabletów, komputerów. Ale potrafiliśmy wymyślić sobie zabawę i to, uważam, było bardzo fajne. Moja babcia robiła lalki z siana i bawiła się nimi świetnie z koleżankami. Dzisiejszym dzieciom zabieramy możliwość rozwoju pomysłowości, podkładając im pod nos gotowe interaktywne zabawki.

To samo dotyczy dorosłych. Kiedyś do dobrej zabawy wystarczyła talia kart do gry. Można było nią grać w wista, brydża, tysiąca, układać przeróżne pasjanse. Wszystko to było możliwe dzięki jednej jedynej talii kart. Ludzie grali, spędzali ze sobą czas, śmiali się, zdrowo rywalizowali przy partyjce, nie wykosztowując się przy tym. Dzisiaj często siedzą przed telewizorem za wiele tysięcy, który posiada coraz więcej funkcji, z których i tak nikt nie korzysta, oglądają "Taniec z gwiazdami" i "Twoja twarz brzmi znajomo". Oddają się rozrywce, podczas której umysł ludzki cofa się w rozwoju.

Na koniec postawię pewną tezę. Jestem pewien, że gdybyśmy wszyscy, każdy z nas, naprawdę ruszyli głową, obudzili w sobie pomysłowość i zaczęli wykorzystywać wszystko, co umożliwia nam technologia, to cywilizacja rozwijałaby się jeszcze szybciej. Rozejrzyjmy się po tym, co posiadamy. Pobawmy się pomysłami. Do czego jeszcze mogę użyć tej czy tamtej rzeczy? Jak lepiej mogę wykorzystać posiadane przedmioty? Może mogę znaleźć dla nich jakąś nową funkcję?

piątek, 10 lutego 2017

Codex Gigas i rozważania nad dostępem do wiedzy

Po obudzeniu się zazwyczaj poświęcam czas na przejrzenie aktualności na Facebooku. Już słyszę w swoim umyśle głosy, jakie to niskie i słabe, jak bardzo nieduchowe i nierozwijające zajęcie. Pozwólcie, że wyjaśnię. Nie każdy używa Facebooka do oglądania zdjęć kotów, fotograficznych pamiętników z wakacji swoich znajomych, przeglądania albumów wypełnionych zdjęciami bobasów od dnia poczęcia, durnych memów. Tego portalu można naprawdę używać konstruktywnie i budująco. W mojej liście aktualności wyświetlają się wyselekcjonowane wiadomości dotyczące polityki, religii, filozofii, nauk społecznych, motywujące cytaty, itd.

Dzisiaj rano pośród stosu "niusów" pojawił się artykuł poświęcony niezwykłej księdze o nazwie "Codex Gigas" (pol. "Wielka Księga"), o której czytałem jakiś czas temu z racji swoich zainteresowań.

Jest to owiany tajemnicą średniowieczny manuskrypt, który powstał w Czechach na początku XIII wieku. Oprócz Starego i Nowego Testamentu księga zawiera również: encyklopedię "Etymologiae" Izydora z Sewilli, dzieła Józefa Flawiusza, "Chronica Boemorum" Kosmasa z Pragi, traktaty poświęcone m.in. medycynie, kalendarz z nekrologiem, magiczne formuły.

Jest niezwykłym źródłem informacji nie tylko ze względu na treść, lecz także ze względu na okoliczności i miejsce powstania. Badania wykazały, że ta księga, która mierzy 91 cm wysokości, 50 cm szerokości i 22 cm grubości, waży 75 kg, składa się z ponad 300 kart, na sporządzenie których użyto skór ze 160 cieląt, została napisana przez jednego człowieka. Jednego! Według różnych teorii pracował nad nią od 10 do 30 lat. Niezwykła miłość do ksiąg i zawartej w nich wiedzy.

Księga znana jest z występującego na 290 karcie rysunku diabła. To jest jedna z bardziej tajemniczych rzeczy dotyczących tego kodeksu. Księga została napisana przez benedyktyńskiego mnicha, przechowywana w benedyktyńskich klasztorze, a zawiera wizerunek diabła, a także kilka kart z magicznymi formułami. Nie od dziś wiadomo, że benedyktyni byli znani w całym ówczesnym świecie z przechowywania ksiąg z całego świata, w tym tych poświęconych magii, kabale i alchemii. Skoro te księgi przechowywali, musieli również posiadać wiedzę dotyczącą tych tematów, a niekiedy pewnie praktykowali owe sztuki. Musisz przyznać, że to niezwykle interesujące.

Według legendy, księgę sporządził mnich, który złamał regułę zakonną i został skazany na zamurowanie żywcem. Chcąc uniknąć kary, obiecał sporządzenie w ciągu jednej nocy (!) księgi, która przysporzy wiecznej chwały jego zakonowi. Wiedząc, że nie zdoła tego dokonać, sprzedał swoją duszę diabłu w zamiar za pomoc w wykonaniu tego zadania.

Po tym obszernym wstępie przyszedł czas na rozważania :)

Cały "Codex Gigas" można przeglądać w całości w internecie. Można przeglądać karty, powiększać określone obszary, czytać, podziwiać rysunki, ozdoby. W czasach, kiedy powstawał ten kodeks, ludzie niezwiązani z duchowieństwem oraz nie obracający się w kręgach uczonych nawet nie wiedzieli o istnieniu tej księgi. Część ludzi naprawdę zainteresowanych i wysoko postawionych wiedziała. I niewielka garstka spośród tych ostatnich widziała to dzieło. A dzisiaj? Dzisiaj każdy może sobie je obejrzeć. Ktokolwiek. Młody, stary, mężczyzna, kobieta, wykształcony, niewykształcony, biedny, bogaty. Każdy, kto tylko chce.

Pomyśl, jaki był dostęp do wiedzy w XIII wieku. Musiałbyś złożyć śluby, zostać mnichem, mieć dużo szczęścia, aby znaleźć się w zakonie, który przechowywał i zajmował się księgami i podróżować w trudach po całej Europie, Azji i Afryce, aby móc zobaczyć rzadkie dzieła. Była też inna możliwość, a mianowicie być bardzo, bardzo bogatym, aby stać Cię było na zakup ksiąg. Czemu bardzo bogaty? Ponieważ jeśli chciałbyś mieć swoją księgę, ktoś musiałby Ci ją przepisać ręcznie. Zapłaciłbyś krocie i czekał miesiącami, a czasami i latami.

Ludzie dawnych czasów nawet nie marzyli, że nadejdzie taki dzień, kiedy właściwie cała wiedza świata będzie dostępna na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj mogę kupić książkę na dowolny temat i mieć ją w domu. Mogę nosić całą bibliotekę w czytniku, który jest lekki jak malutka książeczka. Mogę znaleźć dobrą lekturę na dowolny temat używając smartphone'a noszonego w kieszeni.

I, jak na ironię, uogólniając oczywiście, używamy wszystkich tych niezwykłych urządzeń do poszukiwania i prezentowania światu głupot. Nie, nie jestem przeciwnikiem rozrywki. Lubię się pośmiać aż mnie boli brzuch. Ale czy nie jest to znakiem zmierzchu cywilizacji, że WIĘKSZOŚĆ ludzi mających dostęp do internetu WIĘKSZOŚĆ czasu spędza czytając coś, co nie ma żadnej lub ma bardzo niewielką wartość jeśli chodzi o poszerzanie wiedzy o świecie? Chyba każdy z nas przyzna, że to co najmniej smutne.

Ludzie żyjący w czasach, w których powstawał Codex Gigas dostaliby gorączki, gdyby przenieśli się w czasie do współczesności i zobaczyli, jaki dostęp do wiedzy umożliwia teraz technologia. Nie spaliby po nocach, zrezygnowaliby z jedzenia i wszystkich innych przyjemności, żeby godzinami, bez znużenia, chłonąć wiedzę. A my? Co my z tą możliwością robimy?

wtorek, 1 listopada 2016

Głos zza grobu, czyli o życiu, które zwycięża śmierć

 Dzisiaj mamy dzień Wszystkich Świętych. Jest to okres, w którym wspominamy naszych zmarłych, co niniejszym uczynię...

Od kilku tygodni przeglądam książki, które należały do mojego pradziadka. Nie ma ich bardzo wiele. Kilka poświęcone jest polityce, jest "Pan Tadeusz", a reszta... To właśnie jest dla mnie wielka tajemnica, która ostatnio spędza mi sen z oczu i towarzyszy całymi dniami.

Dziadek - chłop, syn chłopa, czynny uczestnik walk zbrojnych o niepodległość w I wojnie światowej, partyzant w czasie II wojny światowej, kochany ojciec, dziadek i pradziadek, prawdziwa głowa rodziny, sędziwy mędrzec, który łagodnością zdobywał bezwzględny posłuch.

Dziadek wychował się w rodzinie chłopskiej. Prawdopodobnie skończył tylko kilka klas szkoły podstawowej. A jednak znany przez wnuków z tego, że zawsze elegancko ubrany i o nienagannych manierach, zaczytany był w książkach. Nikt już się nie dowie, jaki zwrot dokonał się w jego życiu, że z chłopa stał się dżentelmenem w prawdziwie przedwojennym stylu. Mam po nim jedynie jego odznaczenia, fotografie i oczywiście... książki.

O książkach dziadka teraz... Wspomniałem już, że oprócz polityki i "Pana Tadeusza" były inne książki. To utwory dramatyczne, powieści, prace naukowe i filozoficzne. Na początku myślałem, że po prostu lubił taką literaturę, co i tak jest dziwne, zważywszy na to, że nie miał praktycznie żadnego wykształcenia i pochodził z chłopskiej rodziny tamtych czasów. Przeglądałem te stare księgi, kartka po kartce i od razu zwróciłem uwagę, że noszą one ślady czytania. Dziadek podkreślał ołówkiem wybrane fragmenty. Fragmenty, które widocznie go interesowały i poruszały. I z tych szczątków informacji złożyłem ciekawą teorię, którą chcę się podzielić z Wami.

Utwory dramatyczne i powieści pośrednio, a często wręcz bezpośrednio krążą wokół zwycięstwa ducha nad materią i, co najbardziej mnie zdziwiło - średniowiecznej europejskiej alchemii! A moją teorię wzmacnia fakt, jakie konkretnie fragmenty podkreślał w tekście.

Człowiek z prostej rodziny, bez wykształcenia, kupował drogie książki (widać to po jakości wydania, a znam się na tym nieco) i poszukiwał zasady życia, metafizycznej podstawy bytu. Chciał dowiedzieć się, skąd jest byt, dlaczego istniejemy i wierzył najwidoczniej, że duch nad materią panuje.

Tak oto pradziadek, którego nigdy nie poznałem; który nawet nigdy się mnie nie doczekał; który nie zostawił dzienników, choć wciąż ich poszukuję, bo jestem przekonany, że istnieją; ten pradziadek przemówił do swojego prawnuka zza grobu, pozostawiając potężne dziedzictwo mnie, jako człowiekowi, który poszukuje dokładnie tego samego. A dopiero niedawno dowiedziałem się, jak bardzo jestem podobny do dziadka: moja filozofia, waleczność, nieustępliwość, upór.

Pradziadek wierzył, że życie zwycięża śmierć. Wierzył w ducha, który przenika wszystko od kamienia po potężne narody. Wierzył w wieczną Ideę, potęgę ludzkiego umysłu. Wierzył, że wysiłki ducha mogą przekształcać otaczający nas świat.

Dziękuję Ci, Dziadku. Spoczywaj w pokoju, wielka duszo...



niedziela, 11 września 2016

Możesz żyć, ale możesz też Żyć

Jaka jest różnica pomiędzy życiem a Życiem? Czy żyjesz, czy też Żyjesz, drogi przyjacielu?

Życie... Słowo, którym opisujemy bardzo wiele różnorodnych zjawisk. Używamy go w sensie dosłownym w znaczeniu funkcji życiowych, stosujemy go metaforycznie, w kontekście religijnym, filozoficznym, socjologicznym. Termin, który kryje w sobie mnóstwo znaczeń.

Starożytna greka - język filozofów i myślicieli, posiadała znacznie większy zasób słów, dzięki czemu można było opisywać skomplikowane i subtelne rzeczy w sposób bardziej precyzyjny. Mówiąc o życiu Grecy używali różnych słów. Przyjrzymy się dwóm z nich, a mianowicie: "bios" i "zoe".

"Bios" to słowo, które powinno nam się z czymś kojarzyć. Pochodzą od niego przynajmniej dwa polskie rzeczowniki: biologia i biografia. Biologia to nauka o funkcjach życiowych, nauka o komórkach, tkankach, narządach, różnorodnych organizmach. Biografia to opis dziejów danego człowieka. "Bios" oznacza po prostu życie w sensie istnienia, trwania, środków do życia, sposobu życia, przebiegu życia. "Zoe" to zasada życia, życie samo w sobie, pierwiastek życia, życie duchowe, boskie, wyższe. Życie w znaczeniu jego pełni. Grecki czasownik "zoopoieo" oznaczał ożywiać, czynić żywym i był stosowany, kiedy mowa była o budzeniu ludzkiego ducha, kreatywności.

Mamy dzisiaj niedzielę i chcąc nie chcąc żyjemy w katolickim kraju. Nie jestem katolikiem, nawet trudno mnie określić mianem chrześcijanina, a jednak potrafię docenić duchową głębię płynącą z Biblii. Posłużę się więc Biblią, by przekazać Wam słowo na tę niedzielę.

W piątym rozdziale Księgi Rodzaju czytamy następujące słowa:

"Oto rodowód potomków Adama. 
Gdy Bóg stworzył człowieka, na podobieństwo Boga stworzył go; stworzył mężczyznę i niewiastę, pobłogosławił ich i dał im nazwę "ludzie", wtedy gdy ich stworzył.

Gdy Adam miał sto trzydzieści lat, urodził mu się syn, podobny do niego jako jego obraz, i dał mu na imię Set. A po urodzeniu się Seta żył Adam osiemset lat i miał synów oraz córki. Ogólna liczba lat, które Adam przeżył, była dziewięćset trzydzieści. I umarł.
Gdy Set miał sto pięć lat, urodził mu się syn Enosz. A po urodzeniu się Enosza żył osiemset siedem lat i miał synów oraz córki. I umarł Set, przeżywszy ogółem dziewięćset dwanaście lat.
Gdy Enosz miał dziewięćdziesiąt lat, urodził mu się syn Kenan. I żył Enosz po urodzeniu się Kenana osiemset piętnaście lat, i miał synów oraz córki. Enosz umarł, przeżywszy ogółem dziewięćset pięć lat.
Gdy Kenan miał lat siedemdziesiąt, urodził mu się Mahalaleel. A po urodzeniu mu się Mahalaleela żył Kenan osiemset czterdzieści lat i miał synów i córki. I gdy Kenan przeżył ogółem dziewięćset dziesięć lat, umarł.
Gdy Mahalaleel miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Jered. A po urodzeniu się Jereda żył osiemset trzydzieści lat i miał synów i córki. Gdy Mahalaleel miał ogółem osiemset dziewięćdziesiąt pięć lat, umarł.
Gdy Jered miał sto sześćdziesiąt dwa lata, urodził mu się syn Henoch. A po urodzeniu się Henocha Jered żył osiemset lat i miał synów i córki. Jered przeżył ogółem dziewięćset sześćdziesiąt dwa lata, i umarł. 
Gdy Henoch miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Metuszelach"
(według Biblii Tysiąclecia)

Mamy tutaj biografie (przypominam, że słowo to pochodzi od greckiego "bios") potomków Adama, według Biblii pierwszego stworzonego człowieka. Co możemy powiedzieć o tych biografiach? Ja mam jeden wniosek. Długie i nudne życie. Długie i nudne. I niestety, kiedy wielu z nas w przyszłości chciałoby zasiąść do zapisania swojej biografii, nie różniłaby się ona od biografii tych oto ludzi i tysiąca nam współczesnych. Urodził się, poszedł do przedszkola, poszedł do szkoły, ukończył szkołę, rozpoczął pracę, wziął ślub, dzieci się urodziły, dzieci dorastały, a on pracował, pracował, poszedł na emeryturę i umarł. I tyle... To jest właśnie "bios". Jak wielu znam starszych ludzi, którzy nie przeżyli życia, ale je, używając neologizmu, przeistnieli. Bo nie żyli, al istnieli. Plutarch z Cheronei, który był historykiem i opisywał życie różnych ludzi, autor słynnych "Żywotów", powiedział kiedyś takie zdanie: "Trzeba żyć, a nie tylko istnieć". "Bios" to istnienie, przetrwanie, jedzenie, picie, rozmnażanie się, chorowanie, umieranie. 

W innym fragmencie Biblii, w Ewangelii Jana, w rozdziale dziesiątych, czytamy słowa Jezusa z Nazaretu:

"Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć.
Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości"
(według Biblii Tysiąclecia)

W greckim tekście na miejscu naszego słowa "życie" występuje "zoe". Przypominam jest to zasada życia, życie pełne, życie ducha, życie wyższe, życie boskie. Kim jest ów złodziej? W Biblii jest to uosobienie sił zła, chaosu, zniszczenia, destrukcji, rozkładu. Dla mnie złodziejem jest po prostu system społeczny, w którym żyjemy, suma wszystkich stosunków społecznych, przekonań i mentalności. System, w którym człowiek jest ciągle zmęczony, zabiegany, zestresowany, niszczony z zewnątrz i od wewnątrz, wypławiany, uginający się pod ciężarem buta konsumpcjonizmu, wyczerpany pogonią za Bóg wie czym, wycieńczony wyścigiem szczurów, znękany pracą ponad siły, zdołowany przez troskę o byt.

A Jezus mówi o sobie, że przyszedł, aby jego owce, jego naśladowcy "mieli życie i mieli je w obfitości". Taki był cel wszystkich duchowych nauczycieli, filozofów, myślicieli, mędrców, szamanów, proroków. Taki jest też cel mój i innych, którzy studiują sprawy ducha i są wypełnieni troską o innych. A ten cel to nieść światło, życie, pokrzepienie, wiarę i nadzieję tym, którzy są w najbliższym otoczeniu.

Ktoś ostatnio zapytał mnie po co kolekcjonuję i zatapiam się w lekturze tych wszystkich setek książek, które posiadam w domu? Po co? Otóż po to, że one wszystkie karmią mnie manną z niebios, duchowym pokarmem tak bardzo potrzebnym człowiekowi od wieków na wieki, a którego to pokarmu tak bardzo w dzisiejszych materialistycznych czasach brakuje. Chcę zbierać ten pokarm, jeść i dawać innym, abyśmy spożywali go wszyscy.

Przyjacielu, możesz żyć, ale możesz też Żyć. Możesz mieć życie przez małe "ż", ale tak naprawdę jako korona stworzenie, majstersztyk milionów lat ewolucji, jesteś powołany do tego, aby Żyć przez wielkie "Ż".

Każdy z nas musi się narodzić na nowo. Każdy musi wracać do swojej przystani, zmywać z siebie codzienność, siadać w ciszy i szukać życia. Po prostu musimy. Zdmuchujmy kurz powszedniego dnia i sięgajmy pod spód. Szukajmy życia, jego pełni, boskiej iskry i rozpalajmy ją. Znajdujmy w sobie dziecko, pozwalajmy sobie na beztroskę. Podajmy dłoń tym, którzy potrzebują. Uśmiechajmy się. Żyjmy...

środa, 27 lipca 2016

To czego szukasz szuka również Ciebie

Dżalal ad-Din Muhammad ar-Rumi (wcale się nie dziwię, że nazywa się go po prostu Rumi) był perskim poetą i mistykiem, którego wiersze od dawna mnie inspirują. Jest w nich niezwykła lekkość i delikatność, w której paradoksalnie znajdujemy ogromną siłę. Pisał zręcznie o rzeczach, które trudno uchwycić, o niezwykłych subtelnościach życia, okoliczności, uczuć. Jeżeli masz konto na Facebooku i znasz dobrze angielski, polecał Ci zajrzeć na stronę poświęconą jego twórczości.

"To czego szukasz, szuka również Ciebie"


Tym prostym, a jakże płodnym w znaczenie słowom chciałbym się przyjrzeć tutaj bliżej.


Pamiętam jak w podstawówce nauczycielka opowiadała o prawie grawitacji. Oczywistym jest, że Ziemia przyciąga za pomocą tej siły wszystko, co znajduje się na jej powierzchni. Jednak objawieniem było dla mnie dowiedzieć się, że Ziemia przyciąga jabłko i jabłko przyciąga Ziemię z jednakową siłą. Nasza wielka planeta przyciąga jabłko tak samo mocno jak malutkie jabłko przyciąga Ją.


W pracy często stosują pompę próżniową do usuwania powietrza z laboratoryjnych naczyń. Nauczyłem się, że trzeba się naprawdę bardzo postarać, żeby zabezpieczyć takie naczynie przed ponownym dostaniem się do niego powietrza. Powietrze tak bardzo "pragnie" dostać się do naczynia, jak naczynie "pragnie" tego powietrza z powrotem.

Żyjemy zanurzeni w rzeczywistości, którą rządzą prawa zarówno fizyczne, jak i te bardziej subtelne, którymi z nieznanych przyczyn przestaliśmy się zajmować jako cywilizacja. Badamy wszystkie czysto materialne prawa z niezwykłą drobiazgowością. Jednak wszystkie prawa subtelne, jak to wyrażone w słowach "to czego szukasz, szuka również Ciebie", traktujemy raczej jako tzw. pobożne życzenia. Ja się nie gniewam na to, że tak jest. Taka jest naturalna kolei rzeczy. Kiedyś ludzie sami odkryją drzemiące w Naturze nowe nieznane siły, które wcześniej intuicyjnie postrzegali ludzie. Nic na siłę.


W temacie filozofii jestem wyznawcą Platona. Wierzę, że istnieje świat idei, którego nasz materialny świat jest odbiciem, nieudaną kopią. Wierzę więc w istnienia praw wyższych, których odbiciem są prawa niższe. Uznaję, że przyciąganie, o którym mówił Rumi, jest wyższą formą siły takiej jak grawitacja, lecz dużo bardziej subtelnej i złożonej.

Natura to dla mnie personifikacja wszystkich sił i zjawisk, które mają miejsce w naszej rzeczywistości. Obserwują Naturę i czerpię z niej lekcje życia. Jej wrodzoną cechą jest rozwój i obfitość. Widzimy to wszędzie tam, gdzie ludzka ręka nie jest obecna. Życie tętni nieprzerwanie, rozprzestrzenia się, rozwija, umacnia, zdobywa nowe tereny. Człowiek jest doskonałym wytworem Natury, posiadającym wszystkie jej cechy w sobie. W miarę ewolucji dostajemy nawet nowe moce do tworzenia życia i organizowania go.

Natura chce Twojego rozwoju mocniej niż Ty sam. Przez miliony lat ewolucji udowodniła, że chce tworzyć coraz doskonalsze formy życia. Dokonywała tego uparcie i nieprzerwanie. A ewolucja trwa. Nawet w ciągu tak krótkiego życia jak Twoje. Natura chce, abyś żył pełnią życia. Nie chce, aby czegokolwiek Ci brakowało. Tak jak Ziemia i jabłko przyciągają się z jednakową siłą, tak obiekt Twojego pragnienia pragnie Ciebie. Tak jak powietrze chce ponownie wejść do opróżnionego naczynia, tak to czego pragniesz chce wejść do twojego życia.


Powyższa myśl napawa mnie wiarą, a wiara ta z kolei usuwa, jedna po drugiej, przeszkody stojące na drodze do osiągnięcia pragnienia, które sam sobie ustanawiam. Bo brak wiary i uprzedzenia są jak ten korek, który utrzymuje próżnię w laboratoryjnym naczyniu.


Samotni ludzie, zamiast w wiarą i pewnością wyjść z domu w poszukiwaniu kogoś, kto rozświetliłby ich życie, siedzą w domu i sami okradają się ze szczęścia. Ludzie, którzy doznali miłosnego zawodu, sami budują mur wokół siebie, który uniemożliwia spotkanie kolejnej osoby. Wyjdź poza ten mur, albo go zburz. Pragniesz pracy, szukaj jej z wiarą, nie poddawaj się. Pragniesz lepszej pracy, otwórz się na nowe możliwości. Pragniesz radości, rób już dziś to, co sprawia Ci radość, choćby miała to być niewielka rzecz. Stawiaj krok za krokiem, z wiarą i nadzieją. 


A to czego szukasz, szuka również Ciebie...



niedziela, 29 maja 2016

Manifest zdrowego egoizmu

Żyję na tej ziemi trzydzieści jeden lat. Względne jest czy to wiele czy też niewiele. Myślę, że czegoś zdążyłem się o życiu nauczyć. Z setek przeżyć, relacji z ludźmi przeróżnymi, po opasłych tomach niezliczonych lektur swoje wnioski wyciągnąłem. I gdybym w swojej wędrówce wśród gwiazd miał dzisiaj zmienić port przeznaczenia, wyniósłbym z pobytu tutaj jedną ważną naukę, którą poniżej opisuję. Przedstawiam Ci ekstrakt z mojej krwi...

Mam w głowie taki obraz. Atomy łączą się w cząsteczki. Z cząsteczek powstają tkanki. Z tkanek narządy. Z narządów ciała. Ciała marnieją, następnie się rozkładają i wracają do ziemi. Tam rozkładają się na czynniki pierwsze, a one z kolei, łącząc się ponownie, dają życie innym ciałom. W tak krąg życia toczy się przez wieki. Z ziarna rośnie rośnie roślina, która wydaje ziarno. Ono wpada do ziemi i proces zaczyna się od nowa. A po drodze roślina pochłania z ziemi, powietrza i słońca potrzebne jej składniki. Przetwarza by żyć.

Tak samo ludzie. Jemy inne istnienia, by zachować swoje. Nasze ciało potrzebuje powietrza, minerałów, białek, tłuszczów, cukrów, witamin i wielu innych składników, by utrzymać swoje życiowe funkcje. Śniadanie, obiad, kolacja. Jesz, trawisz, wydalasz to, co okazało się niepotrzebne. Robisz to podświadomie. Nie pamiętasz, co jadłeś tydzień temu, albo z trudem to sobie przypominasz. Nie przywiązujesz do tego aż takiej wagi. Dlaczego? Bo nie żyjesz po to, aby jeść, lecz jesz po to, aby żyć. Masz cel, który unosi się ponad zwykłe przetrwanie...

Albo może nie. Może rzeczywiście żyjesz po to, aby jeść. Może rzeczywiście nie żyjesz, lecz zwyczajnie istniejesz. Trwasz. Jak to z Tobą jest? Może wstajesz rano, myjesz się, ubierasz, pracujesz, jesz, wydalasz, rozmnażasz się i śpisz. Trwasz w zawieszeniu, w tym dziwnym wirze trwania, w którym trzyma Cię pospolity strach przed śmiercią. Bo żyć dla Ciebie to znaczy nie umrzeć jak najdłużej i jak najskuteczniej.

Przeżywasz swoje radości i smutki, uniesienia i upadki. Zagubiony w iluzji życia, zastanawiasz się czasami, po co to wszystko. Dzień - byle do fajrantu, tydzień - byle do piątku, kariera - byle do emerytury, życie - byle do śmierci. Urodziłeś się i umrzesz bez celu.

Żyjesz, by mieć. Przeróżne rzeczy: wykształcenie, pracę, przyjaciół, miłość, seks, dobrą zabawę. I są one celem samym w sobie. Utożsamiasz się z nimi. Jednoczysz się z obiektem Twoich pragnień i kiedy zostaje Ci on zabrany, cierpisz jakby oderwano od Ciebie ciało i tak zaiste jest. Bo Ty i Twoje pragnienie zlały się w jedno ciało. Dlatego zazdrościsz, nienawidzisz, cierpisz...

Narkoman nie może żyć, jeśli nie przyjmie dawki narkotyku. Jego marne i smutne życie jest uzależnione od substancji chemicznej. Człowiek - korona ewolucji, bóg na ziemi, uzależnił swoje istnienie i szczęście od kupki białego pyłu.

Też jesteś ćpunem. Kochasz tylko tę jedną kobietę, bez której nie możesz żyć. Kochasz tego jednego chłopaka, który wydaje się być pępkiem Twojego kosmosu. I kto inny ją lub jego Ci zabiera. I zapadasz się w otchłań beznadziei. Świat staje się czarny jak śmierć. Obsesyjnie oglądasz jej lub jego Facebookowe zdjęcia i zdychasz z tęsknoty i bólu straty.

Miarą wielkości życia jest jego cel. Tak właśnie myślę. Dlatego właśnie drobnoustroje są najniżej w tej hierarchii. Potem są rośliny, zwierzęta, ludzie i... wybitni ludzie.

Wybitni ludzie są tymi, dla których wszystko inne istnieje. Dla nich istnieją wszystkie inne formy życia. Oni są koroną stworzenia. Oni mają cel, który jest wyższy niż cel wszystkich pod nimi. Oni wspinają się po drabinie ewolucji, tworząc plany, idee i osiągając to, co cała reszta stworzeń podziwia. Ich celem nie jest bujać się w rytm muzyki, jeść, uprawiać seks, rozmnażać się i zdobywać domy, wille i samochody. Ich cel jest subtelny, niewidzialny dla cielesnych oczu, wyśmiewany przez gmin.

Wszystko co robią i wszyscy, którymi się otaczają, służą ich wyższemu celowi. Nie dbają o stratę tych, którzy nie chcą ich wspomagać. Strząsają proch ze swoich sandałów i idą dalej.

Nie stwierdzam, że jestem wybitny, ale chcę być. Mam swój cel. Przedmioty, zdarzenia i ludzie coraz mniej są moje, a coraz bardziej mi się przydarzają. Zastanów się nad tym zdaniem. One się przydarzają. Są i potem ich nie ma. Pojawiają się, wypijam z nich życie i znikają. Zdarzenia służą mi wyciąganiu wniosków, przedmioty służą koniecznej codzienności, ludzie: źli i dobrzy, pomagają mi uczyć się i wzrastać. Ale moje oko zwrócone jest na cel, którego tożsamością się nie dzielę. Przyszło i opuściło mnie już wielu. Nie płaczę za nimi. O wielu nawet nie myślę. No może czasami. I idę dalej, podążam ku celowi.

Coraz zręczniej wychodzi mi nieprzywiązywanie się do materii. Lubię jeść, dobrze się bawić, uprawiać seks, tańczyć, słuchać muzyki, napić się alkoholu. Nie wiem dlaczego o takich jak ja myśli się jako o beznamiętnych, nudnych ludziach, którzy wiodą nędzne, bezsensowne życie. Tak myślą zwierzęta. Taka małpa pewnie śmieje się zza krat w klatce, kiedy widzi siedzącego na ławce człowieka czytającego książkę. Pewnie dziwi się, dlaczego tak jak ona, nie buja się on na jakimś drążku, a zamiast tego godzinę lub dwie gapi się w stos kartek, przewracając je jedna po drugiej. Nie ma się jej co dziwić. To małpa - nie musi tego rozumieć.

Spotkałem się z takimi ludźmi, którzy uważają moje życie za pozbawione sensu. Czasami chce mi się ich zapytać, jaki sens ma ich życie. Czasami nawet o to pytam. I po serii pytań i odpowiedzi wychodzi na to, że właściwie to oni mają poczucie bezsensu.

Pomyślisz, że głoszę egoizm. Bynajmniej, przyjacielu. Nikt nie czyni w życiu tyle dobra dla innych ludzi i zwierząt, jak wybitni ludzie. Aby dawać, trzeba najpierw mieć. Musisz być silny, aby móc ciągnąć w górę innych. Pomyśl o tym.

ciąg dalszy pewnie nastąpi...


niedziela, 8 maja 2016

Szachy czy warcaby? - czyli o naszych życiowych wyborach

Dzieci mojego rocznika właściwie nie znały komputera, tablety w ogóle nie istniały, telewizji oglądało się mało. Czas spędzaliśmy głównie na świeżym powietrzu. Kto pozostawał w domu, był uważany raczej za dziwne dziecko. Kiedy na zewnątrz była niesprzyjająca pogoda, graliśmy w gry planszowe.

Jedną z pierwszych gier, jakie poznaliśmy były warcaby. Proste zasady, nie trzeba było zbyt dużo myśleć podczas gry, szybkie partie, prawie natychmiastowe przegrane i wygrane. Szybko mi się ta gra znudziła. Prosiłem Tatę, żeby nauczył mnie grać w szachy. Na początku było trudno. Mnóstwo figur, których właściwości trzeba było zapamiętać. Kiedy już przeszedłem ten etap nauki i zacząłem grać, szybko zrozumiałem, że każdy ruch trzeba planować, ponieważ ma swoje konsekwencje. Każde posunięcie ograniczało moje możliwości lub otwierało nowe. Przegrywałem, ale wyciągałem wnioski i wciąż uczyłem się czegoś nowego. Aż w końcu wygrałem. To była wielka wygrana, okupiona ciężką i mozolną umysłową walką :) To dopiero była satysfakcja. Takiej satysfakcji nigdy nie dałyby mi warcaby.

Ostatnio przeprowadziłem szereg rozmów z moimi znajomymi. Dzielili się ze mną swoimi problemami, a to zawsze rodzi we mnie współczucie i chęć zrozumienia. I zawsze po takiej rozmowie zastanawiam się, skąd wziął się dany problem, jaka jest jego przyczyna, a potem myślę szerzej o naturze ludzkich problemów.

Przedwczoraj oglądałem film pt. "Efekt motyla". Zaczyna się on cytatem, który brzmi mniej więcej tak:

"Mówi się, że coś tak nieznacznego jak trzepot skrzydeł motyla może w efekcie doprowadzić do powstania tornada na drugim końcu świata"
Ogólnie film opowiada w bardzo interesujący sposób o tym, jak nasze wybory kształtują nasze życie i jak wprowadzenie zmian w swojej przeszłości mogłoby diametralnie zmienić przyszłość.

Jeśli się nad tym głębiej zastanowić i przestudiować nasze wybory z przeszłości, widzimy że nawet niewielkie wybory skierowały ster naszego życia w zupełnie inną stronę. I kształt naszego obecnego życia jest sumą tych wszystkich wyborów.

Co do tego wszystkiego mają warcaby i szachy?

Rozglądając się po świecie i obserwując życie wielu ludzi dochodzę do wniosku, że pomimo pozornej dojrzałości ciągle grają z życiem w warcaby. Dokonując wyborów, kierują się impulsami, instynktami, nagłymi bodźcami, są krótkowzroczni i niezapobiegliwi. Biją na oślep, szamoczą się. Najczęściej przegrywają i winią za to cały świat, tylko nie samych siebie. A winni są całkowicie oni sami, bo nawet jeśli natrafili na niesprzyjające okoliczności, nie ocenili ich rzetelnie, nie postanowili się im przeciwstawić, tylko jak małe dzieci, rzucili się w wir zabawy. A końcem tego jest zatracenie, płacz i zgrzytanie zębami, ból, rozczarowanie, klęska... Kiedy jakimś cudem wygrywają, nie przynosi im to satysfakcji i zaczynają nową partię.

Ciągle głodni życia, niepohamowani w pragnieniach... Widzą tylko najbliższe "bicie". Chcą seksu - biorą co się nawinie. Związek - prawdę mówiąc właściwie z byle kim. Chcą małżeństwa - biorą najłatwiejszą nadarzającą się możliwość. Chcą dziecka - robią i tyle. Chcą mieszkania - biorą kredyt. Studia - tam gdzie koledzy. Praca - a jakakolwiek. I absolutnie ich nie krytykuję. Absolutnie nie. Szkoda mi ich i chciałbym, żeby ich życie było harmonijne i szczęśliwe.

Żeby w życiu osiągnąć coś trzeba zagrać z nim w szachy. To trudna gra. Trzeba poznać jej zasady. Czasami trzeba poznać, jak działają "figury", kto jest kim i jak się zachowuje. W szachach jest cel - trzeba unieruchomić króla. Pomiędzy początkiem gry a tym właśnie celem, dzieją się różne rzeczy. Przeciwnik może zbić więcej pionków, a Ty i tak wygrasz. Często wygrywasz nawet w beznadziejnej sytuacji. Wszystko zależy od Twojej umiejętności oceny sytuacji, od umiejętności wyobrażenia sobie przyszłości, od oceny, czy dany wybór jest korzystny czy nie. Jednym słowem: od intelektu.

Na początku myślałem, że jak zbiję Tacie jak najwięcej figur, to wygram. I przegrywałem. Raz za razem. Nie dawał mi wygrywać, bo wiedział, że tak niczego się nie nauczę. W życiu też nie dawał mi wygrywać. I dzisiaj jestem mu za to wdzięczny.

Na początku patrzyłem, jak ludzie zbijają kolejne figury, zbierają te małe zwycięstwa. I wydawało mi się, że oni wygrywają z życiem. A potem widziałem, jak upadają, jak marnują sobie życie. I dorastając, zrozumiałem, że życie ma dalekosiężny cel. Pojąłem, że chcę powiedzieć "szach-mat" przeciwnościom losu.

Ciągle uczę się grać w życiu w szachy. Wciąż popełniam mnóstwo błędów. Życie jest wymagającym przeciwnikiem. Świat jest prawdziwym Kasparovem. Ale partia trwa...