sobota, 6 stycznia 2018

Nie ma klęsk ostatecznych!

Jest szósty dzień 2018 roku. Złośliwie powiem, że już niedługo nadejdzie moment, kiedy ponad połowa ludzi, którzy poczynili postanowienia noworoczne, podda się, porzuci je i będzie dalej wiodła życie, tak jakby nigdy ich nie podjęła. Nie jest to jednak do końca złośliwe z mojej strony. Albo inaczej - ta złośliwość ma na celu pobudzenie tego, kto to czyta, do myślenia na temat swojego nastawienia umysłu w stosunku do podjętych postanowień (o ile w ogóle je podjął)

"Nowy rok - nowy ja". To powiedzenie weszło na naszego leksykonu porzekadeł. Często traktujemy je żartobliwie, a kryje się za nim coś naprawdę mądrego. Spotkałem kilka osób w swoim życiu, które stwierdzają, że pierwszy dzień roku jest dniem takim samym jak każdy inny i wyrażają swoje niezrozumienie w stosunku do idei podejmowania jakichkolwiek postanowień na rozpoczynający się rok. Wszak jedyne, co się racjonalnie zmieniło, to kalendarz, zatem nie jest to właściwie żaden wyjątkowy dzień. Inni z kolei mówią, że nie należy czekać na jakiś wyjątkowy dzień, a zamiast tego zmianę zacząć od obecnej chwili.

W pewien sposób rozumiem ten racjonalny realizm. Ale człowiek to nie tylko rozum, prawda? Człowiek to też serce, a serce to siedlisko uczuć boskich: wiary, nadziei, tęsknot, inspiracji. Racjonalnie myśląc, pomiędzy 31 grudnia 2017 roku a 1 stycznie 2018 roku nic się nie stało. A jednak zamknął się pewien okres. Firmy dokonują podsumowania roku. Skończył się rok podatkowy :) Jest to pewna magiczna granica (a magia czasami wymyka się zimnemu rozumowaniu) i jeżeli odczuwamy, że coś się skończyło, a coś się zaczyna, to warto z tego ciepłego uczucia skorzystać, zamiast je racjonalizować. Jeżeli wewnętrznie odczuwamy, że jakiś okres bezpowrotnie minął, że stworzyła się przestrzeń dla czegoś nowego; jeżeli napawa nas to nadzieją, wiarą w lepszą przyszłość; jeżeli dodaje nam to otuchy, energii twórczej, to napawajmy się tym i przeobraźmy w rzeczywistość.

Często w blasku wybuchających świetlistych fajerwerków wlewa się w nas ekscytacja i uniesienie. Przypływa sił. Zaczyna nam się wydawać, że w nadchodzącym roku WSZYSTKO się zmieni, że zaczniemy przenosić góry, że każdy dzień będzie pięciem się na wysokości.

Mijają dni, a wraz z nimi nasz zapał. Postanowiliśmy codziennie "coś tam" robić. Przez pewien czas trwamy w tym, potem chęci słabną, aż w końcu przychodzi ten sądny dzień - pierwszy dzień, w którym nie wykonaliśmy owego "czegoś tam". I zazwyczaj czujemy smak porażki, wszak nie wywiązaliśmy się ze złożonej sobie obietnicy. Co gorsza - czasami rozgłaszamy nasze postanowienia i tego sądnego dnia czujemy wstyd przed tymi, którzy wiedzą. Przygniata nas to. Skutek jest taki, że po pewnym okresie wstydu wobec siebie i świata, zacieramy po sobie ślady, a postanowienie zamienia się w nicość. I dni płyną dalej tak samo, jak przez 1 stycznia.

Sięgam w tej chwili po książkę, która pomogła mi w inny sposób spojrzeć na opisany powyżej typ "porażek". Czytałem ją w 2016 roku. Wiem to, ponieważ mam w zwyczaju na końcu książki wpisywać ołówkiem datę, kiedy ją skończyłem, do czego przy okazji serdecznie zachęcam. Pomimo tego, że upłynęły już prawie dwa lata od momentu odłożenia jej na półkę, w głowie pozostało mi przynajmniej kilka cennych myśli Jedną z nich jest powtarzany przez autora przez całą długość dzieła wątek, że nie ma klęsk ostatecznych. Tak książka nosi tytuł "Nie ma kresu sukcesom, nie ma klęsko ostatecznych", a autorem jest Robert H. Schuller.

Co autor miał na myśli mówiąc, że nie ma klęsk ostatecznych? Podaje mnóstwo przykładów znanych sobie ludzi, którzy podejmowali różne postanowienia zmiany swojego życia, ot choćby - zaprzestania palenia papierosów. Kto rzucał ten wie, że to bardzo trudne zadanie. Wielu ludzi nawet po miesiącach abstynencji od tytoniu, wraca do nałogu. Dlaczego? Przychodzi taki dzień, że z różnych przyczyn, biorą do ręki papierosa, odpalają go i bum - miesiące wyrzeczenia pękły jak bańka mydlana. Co wtedy myśli palacz? "Cóż, uległem, przegrałem". Czuje, że miesiące, kiedy nie palił, to zmarnowany czas. I to zmarnowany bez sensu, skoro przecież powrócił do nałogu. Ta myśl powoduje, że pali znów i dusi w sobie myśl o ponownej próbie zerwania z tytoniem, ponieważ jego doświadczenie przekonało go, że i tak się nie uda.

I tutaj wkracza Robert H. Schuller, który w wielu mądrych i cennych słowach, powołując się na wiele przykładów wziętych z życia, sączy do umysłu czytelnika dowody na to, że palacz, który po długim okresie wstrzymywania się zaczął znowu palić, nie powinien traktować czasu abstynencji ani jako "zmarnowanego", ani tym bardziej jako "zmarnowanego bez sensu".

Powiedzmy, że nie palił przez rok, a podaję ten przykład, ponieważ mój znajomy z pracy właśnie tyle wytrwał. Jeden papieros spowodował, że się poddał. A poddał się, bo zwątpił w sens swojego zamierzenie i w siebie samego. Być może również się wstydził przez osobami ze swojego otoczenia, że wrócił do palenia. Być może nie podejmuje dalszych prób, bo nie chce się znowu wstydzić. Trudno powiedzieć, ale warto zwrócić uwagę, że to NIE JEST OSTATECZNA KLĘSKA. Nie palił rok. To bardzo, bardzo długo, a mówię to jako niestety nałogowy palacz. Ja jestem z niego dumny, on też powinien być dumny z siebie. Ten rok mógł spędzić na ciągłym paleniu, ale przecież nie palił. To jasny dowód na to, że potrafi, że zwyciężył. Przegrał bitwę, ale czy to koniec wojny. Przecież już zyskał. Zyskał rok życia bez papierosa w polepszającym się z każdym dniem zdrowiu. Tych trzystu sześćdziesięciu pięciu ciężkich dni wielorakich korzyści w żaden sposób nie da się wymazać. Nikt i nic nigdy mu tego nie odbierze. Ten rok to jego osiągnięcie. Teraz powinien próbować znowu. Jeśli się nie uda, podejmie kolejną próbę. Każdy dzień bez papierosa, to właśnie dzień bez papierosa, czyli dzień wygrany. Tak nauczyłem się myśleć o tzw. "niewypełnionych postanowieniach".

Kiedyś obiecałem sobie pisać regularnie na blogu. I czułem się zawiedziony sobą, kiedy nie udało mi się tej regularności utrzymać. Ale wciąż pisałem. Piszę. I będę pisał. Każdy opublikowany tekst jest opublikowany, prawda? Napisałem go. Ktoś go przeczytał. Być może z niego skorzystał. I świetnie, brawo ja. Udało się. I napisałem ten tekst, stworzę kolejny i następny. Ich liczba rośnie i mogę cieszyć się tym, że zrobiłem coś z mojego punktu widzenia trwałego. Być może nie teraz, być może nie za rok nawet, ale jeżeli będę uparcie tworzył, to tworzenie będzie w końcu naturalnie regularne. Moje teksty nie są też doskonałe. I nie chodzi mi nawet o to, że ktoś widzi w nich niedociągnięcia. Zawsze ktoś będzie je widział. Sęk w tym, że ja nie jestem w pełni zadowolony z tego, co piszę. Wiem, że potrafię lepiej. Mam w sobie coś z perfekcjonisty. Jestem jednak świadomy, że nie ma lepszego sposobu udoskonalenia pisania jak samo pisanie. Zatem wybaczam sobie niedoskonałości i trwam w działaniu.

Dziecko zamierza odkładać codziennie do skarbonki 1 złoty. Po dwustu dniach zapomina to zrobić, o czym przypomina sobie następnego dnia. Czy fakt, że "opuściło" dzień to taka wielka klęska? Czy wydarzenie to powinno je zniechęcić do dalszego pilnego odkładania? Czyż nie ma w skarbonce już 200 złotych?

Ktokolwiek podupadł na duchu lub w przyszłości zmierzy się ze smakiem klęski z powodu niewywiązania się z dobrych postanowień, niech umocni się myślą, którą w tym przydługim wpisie starałem się przedstawić. Głowa do góry :)

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Umysł Sherlocka Holmesa

W ostanim wpisie snułem rozważania na temat uważności. Najważniejszym wnioskiem jaki płynie z tych rozważań jest prosta prawda: jeżeli chcemy czerpać z chwil życia więcej doznań, konieczne jest spowolnienie prądu myśli przy jednoczesnym poszerzeniu umysłu tak, by docierały do niego impulsy ze wszystkich zmysłów.

Sir Arthur Conan Doyle - lekarz, filozof, spiritysta, wybitny pisarz, stworzył nieśmiertelną postać Sherlocka Holmesa. W jego detektywistycznych opowiadaniach wplata wiedzę na przeróżne tematy. Jednak głównym wątkiem przewijającym się przez całą serię opowieści jest hołd złożony zdolności do  obserwacji szczegółów i wyciągania celnych wniosków dzięki niezwykłej mocy ludzkiego rozumu.

Sherlock Holmes kojarzy się przede wszystkim z umiejętnością dostrzegania rzeczy, których nikt poza nim nie widzi, chociaż jest świadkiem tej samej sceny. Jego umysł funkcjonował inaczej niż umysły tych, którzy go otaczali. Sherlock Holmes do perfekcji opanował sztukę uważności.

Myśli zdecydowanej większości z nas poruszają po koleinach rutyny. Patrząc na coś wielokrotnie uczymy się postrzegać to w schematyczny sposób. Często zdumiewa nas, że małe dzieci, znane przecież z głodnej ciekawości świata, potrafią zwrócić nam uwagę na jakiś detal, na który od dawna nie zwracaliśmy uwagi, ponieważ przyzwyczailiśmy nasze umysły do pomijania go w procesie obserwacji. Pamiętam, kiedy będąc małym chłopcem, zwróciłem podczas spaceru uwagę mojego taty na fakt, że biegnący pies nigdy nie prostuje tylnych łap.

Wspomniane pomijanie szczegółów podczas obserwacji jest naturalną reakcją naszego umysłu na nadmiar bodźców. Widzimy tylko zarysy przedmiotów i uogólnione obrazy scen, bo przecież gdybyśmy byli uważni przez cały czas, skończyłoby się to ciężkim rozstrojem psychiki. Problem polega na tym, że kierowani rutyną, nie przerywamy tego schematycznego myślenia treningiem uważności i w ten sposób zatracamy umiejętność postrzegania szczegółów. To ma bardzo poważne skutki w naszym codziennym życiu. Trudno jest nam przerwać niekorzystne przyzwyczajenia, zerwać z nałogami, chłonąć nowe idee lub patrzeć na stare z innego punktu widzenia, bo przecież "od dawna wszystko dobrze wiemy na każdy temat".

W jaki sposób można zatem ćwiczyć uważność? To proste. Jesteś, drogi czytelników, gościem bloga zatytułowanego "Ciastko do kawy". Każdy mój wpis ma być dla Ciebie takim ciastkiem, które przegryzasz podczas picia kawy. Zakładam, być może naiwnie, że masz przed sobą kubek lub filiżankę wypełnioną pyszną, aromatyczną kawą. Przypatrz się temu naczyniu. Czy ma jakieś ozdoby? Czy coś jest na nim narysowane? Czy w którymś miejscu jest rysa? Może uchwyt jest ukruszony? Spójrz z zewnątrz na dno naczynia. Jest tam jakiś znak fabryczny? Z jakiego kraju pochodzi naczynie? W wielu kubkach na dnie po zewnętrznej stronie są wydrążone rowki po obu stronach. Zastanawiałeś się kiedyś po co się to robi? Którą dłonią trzymasz naczynie podczas picia? W jaki sposób układasz palce? Oblizujesz usta po wypiciu łyka napoju? To proste ćwiczenie, polegające na zadawaniu sobie pytań, można zastosować obserwując jakikolwiek przedmiot: książkę, talerz, łyżkę, cokolwiek.

Przyłapałem się na tym, że rozmawiając z kimś w cztery oczy, nie mam bladego pojęcia, jak jest ubrany. Mój umysł ocenia to jako nieistotne. Zatem ostatnio wypracowałem sobie zwyczaj picia popołudniowej kawy patrzą przy tym przez okno na wszystko, co dzieje się na zewnątrz. Spoglądam na przechodzących ludzi, na jadące samochody, szukam kształtów w chmurach, obserwuję słońce i księżyc. Staram się dostrzegać jak najwięcej szczegółów.

Trening czyni mistrza. Oczekuję więc rezultatów. Zachęcam również Ciebie do ćwiczenia zdolności obserwacji, życząc osiągnięcia w tym perfekcji Sherloka Holmesa.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Uważność, czyli dokładne wyciskanie cytryny

Jakiś czas temu, przeglądając kanały telewizyjne, natrafiłem na program kulinarny. Kucharz przygotowywał sos, w którym jednym ze składników był sok z cytryny. Aby go wydobyć używał prostego ręcznego wyciskacza. Przekroił cytrynę na pół, jedną część docisnął do wyciskacza, przekręcił niedbale kilka razy. To samo zrobił z drugą połówką, po czym oba wydrążone owoce cisnął do kosza.

Ten widok obudził we mnie refleksję. W tym owocu zostało jeszcze pewnie trochę soku, który został wyrzucony do kosza razem z resztkami. Jednak panu kucharzowi zależało na czasie. Dzisiaj kucharz musi działać na tyle szybko, żeby nie wywołać zniecierpliwienia w żyjącym w chronicznym pośpiechu kliencie restauracji. Oczami wyobraźni zobaczyłem jak ktoś w mgnieniu oka zjada sałatkę z tym sosem, przeżuwając każdy kęs tylko na tyle, aby przy połknięciu nie utknął w przełyku, a następnie biegnie do kolejnych zajęć.

Ostatnio, będąc na urlopie, postanowiłem zwolnić tempo zajęć do absolutnego minimum. Żadnego planowania wyjazdów, podróży, stresów. Zostałem w domu z bliskimi. Proste wydarzenie dało mi wiele do myślenia. Wychodząc z domu, głęboko zrelaksowany, zwróciłem po raz pierwszy od pięciu lat uwagę na rosnącą niedaleko bloku jarzębinę. Jak mogłem wcześniej się jej nie przyjrzeć? Nie zauważałem jej, ponieważ rano wybiegałem z mieszkania w drodze do pracy, a wracając z pracy do mieszkania szedłem zmęczony i zamyślony nad bieżącymi sprawami. A ta jarzębina tam ciągle stała, nie prosząc o uwagę. Gdzieś kiedyś przeczytałem pytanie: "Jak często patrzysz w niebo?". Prawdę mówiąc niezbyt często. A przecież błękit nieba pokryty chmurami w ciągu dnia jest taki piękny. Widok księżyca i gwiazd w nocy jest jak widowisko sceniczne. A ja nie patrzę w niebo, choć mogę to robić każdego dnia i nic mnie to nie kosztuje. Zamiast tego odtwarzam w głowie różne scenariusze bieżących zdarzeń, rozmyślam o kłopotach, trudnościach. Podczas swojego spokojnego ulopu dotarła do mnie ta właśnie myśl, którą teraz będę ze sobą nosił każdego dnia. Znalazłem skarb.

Carl Gustaw Jung stwierdził: "Hałas jest z pewnością tym złem naszych czasów, które jest najbardziej nieznośne. Dołączają do niego gramofon, radio, a teraz plaga telewizji". Wielki mędrzec nie dożył czasów internetu. Miałby powód do większego smutku. Żyjemy dzisiaj w morzu informacyjnego szumu, który rozstraja naszą psychikę. Burza bodźców burzy (sic) nasz spokój. Nie znosimy ciszy. Nie potrafimy już jak poprzednie pokolenia po prostu usiąść i obserwować, co dzieje się za oknem, popijając herbatę. Nie, my musimy "odpalić" muzykę, włączyć telewizję lub radio.

Ten pośpiech sprawia, że życie z całym swoim pięknem przelatuje nam przez palce. Minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu, rok za rokiem. Brak nam czegoś, co nazywa się uważnością.

Nad tym terminem toczy się wiele debat. Każdy rozumie go na swój właśny sposób, przykładając do tego wyjątkową dla siebie filozofię. Ja nie chcę jednak tutaj dzielić włosa na czworo, lecz jedynie zwrócić uwagę na bardzo ważny aspekt uważności.

Samo słowo mówi nam coś na temat "uwagi". Na myśl nasuwa się od razu zwolnienie tempa, ponieważ robienie czegoś z uwagą tego właśnie wymaga. Kiedy przykładamy do czegoś uwagę, zauważamy szczegóły. Są to często takie detale, które nam umykają, kiedy wykonujemy tą samą czynność w pośpiechu. Spiesząc się, tracimy wiele.

Weźmy na przykład jakieś zadanie. Wykonując je w pośpiechu, jesteśmy skazani na niezbyt doskonały wynik. Pomijamy szczegóły, efekt jest pełen niedoróbek.

A co z przyjemnościami? Czy z danej czynności czerpiemy tyle radości, ile to możliwe? 

Siadamy przed talerzem, a na nim smaczna kanapka. Większość z nas "wciąga" ją szybko. Ale przecież możemy zrobić to z "uważnością". Spójrzmy na nią, zobaczmy jak smacznie wygląda. Powąchajmy. Dotknijmy. Weźmy niewielki kęs, starając się go powoli przeżuwać, rozpoznając różne smaki. Usłyszmy jak skórka przyjemnie chrupie. To jest czepianie przyjemności z jedzenia wszystkimi zmysłami. Efektem ubocznym takiego spożywania posiłków jest fakt, że najemy się mniejszą ilością jedzenia, zamiast niepotrzebnie rozpychać brzuch i obciążać układ trawienny.

Kanapka to tylko przykład. Przedstawioną zasadę możemy zastosować ciesząc się spacerem. Rozglądajmy się częściej, starając się wyłapywać szczegóły. Starajmy się zauważać rzeczy, obok których przechodzimy na co dzień mimo.

Z każdej cytryny wyciskajmy cały sok.

środa, 3 maja 2017

Chiński tasak, czyli o umiejętnym wykorzystaniu posiadanych zasobów

To było dawno temu, kiedy jeszcze miałem w domu telewizor. W weekend na jednym z programów emitowano serię filmów dokumentalnych o podróżach kulinarnych po Chinach. Bardzo lubiłem te programy. Były to jedne z niewielu moim zdaniem wartościowych rzeczy w telewizji.

Dowiedziałem się z nich między innymi tego, że dobry chiński kucharz używa w swojej pracy jednego narzędzia. Jest nim tasak. Specjaliści potrafią nim robić cuda. Kroją rzeczy na tak malutkie kawałki, że trudno sobie wyobrazić, że robią to nożem. Chińscy kucharze potrafią posługiwać się tym tasakiem w iście magiczny sposób. W naszej kuchni używamy tak wielu różnych narzędzi, podczas gdy chińczykowi wystarczy jedno. Przygotowując posiłek w Europie, zostawiamy do mycia stertę przedmiotów. Chińczyk myje tasak i po sprawie.

Pamiętam, że to dało mi do myślenia. Zafascynował mnie fakt, jak bardzo praktyczne jest stosowanie jednego prostego narzędzia w kuchni. Zaoszczędza to czas i trud. Przenosi szalę ważności bardziej na kucharza, a nie na sprzęt, jakim on dysponuje. Chiński kucharz jednym narzędziem obiera cebulę, kroi, filetuje mięso, dryluje wiśnie, i tak dalej, i tak dalej.

I, jak to zawsze jest w moim przypadku, mój umysł zaczął szukać odniesienia tego wszystkiego do naszego codziennego życia.

Kiedyś moja nauczycielka od niemieckiego z czasów liceum mawiała, że jesteśmy teraz cywilizacją producentów śmieci. Na początku mnie oburzały te słowa, ale im więcej o nich myślałem, tym bardziej zgadzałem się z nimi. Cywilizacja konsumencka (jeżeli taką cywilizację można określać w ogóle mianem "cywilizacji") charakteryzuje się przerostem zużycia nad wytwarzaniem. Zauważmy chociażby, że stare sprzęty się teraz po prostu wyrzuca, zamiast je naprawić. Naprawa się nie opłaca, ponieważ taniej kupić jest nową rzecz. A jest tak dlatego, że produkuje się buble. Dobry sprzęt służy latami. Bubel tylko przez okres gwaracji. Swoją drogą magiczne jest to, że często psuje się często prawie dokładnie po upłynięciu tego okresu.

Chiny się oczywiście zmieniają. Zaraziły się naszym konsumenckim życiem. Jednak wciąż obecny jest tam duch czasów minionych, kiedy naród ten wytwarzał cywilizację i uczył inne narody. Możnaby o tym z pewnością wiele pisać. Ja chcę natomiast zwrócić uwagę na to, że Chińczycy to ludzie nadzwyczaj pragmatyczni. Wytwarzają rzeczy, które mają na celu służyć człowiekowi, ułatwiać jego życie. Mają sprawić, by nie tracił czasu na długotrwałe wykonywanie jakiejś czynności, skoro można ją uprościć, a zaoszczędzony czas poświęcić na coś ważniejszego.

Od jakiegoś czasu jem pałeczkami. Moja rodzina to zauważyła i na moje 32 urodziny dostałem zestaw ozdobnych pałeczek ze stali. Pałeczka może być symbolem tej chińskiej pragmatyczności zaraz obok tasaka. My, nie dość, że przygotowując posiłek używamy różnych narzędzi, to jeszcze spożywamy potem posiłek widelcem i nożem. Niewiele osób zwraca na to uwagę, ale przestrzenie pomiędzy zębami widelca są siedliskiem zarazków. Nie jestem higienicznym pedantem, jednak kiedy widzę widelec, w którym pomiędzy przestrzeniami jest ciemna naleciałość, to napawa mnie to obrzydzeniem. Pałeczka nie ma żadnych zakamarków. Myje się ją łatwo, a jeszcze łatwiej osusza. Jest praktyczna i higieniczna.

Prostota w działaniu i umiejętne wykorzystanie posiadanych zasobów. Symbolem tego są chińskie pałeczki i tasak. Chińczycy potrafią robić cuda z prostych rzeczy i za to ich cenię. W sobie i swoim otoczeniu zauważyłem tendencję do zaniechania działania w oczekiwaniu na lepsze okoliczności. Ktoś na przykład lubi rysować, ale nie rysuje, bo ma słabe kredki, ołówki, papier, nie stać go na lepsze farby, itd. Chińczyk rysowałby tym, co ma, ćwiczyłby umiejętności, które tylko bardziej się rozwinął, kiedy dostanie lepsze narzędzia.

Mam do wykonania jakieś zadanie. Co robię? Patrzę na ograniczenia? Patrzę, co mi jest potrzebne, a czego nie posiadam? Czy raczej patrzę na posiadane zasoby i zastanawiam się, w jaki sposób mogę użyć tego, co już mam pod ręką? Inteligencja to umiejętność dostosowania się do sytuacji. Kiedy ruszymy głową, okaże się, że z tych niewielkich posiadanych zasobów, przy obrobinie pomysłowości, inwencji twórczej, możemy zrobić coś wartościowego.

Potrzeba jest matką wynalazku. Tak było kiedyś. Tak być powinno. Teraz potrzeba jest bodźcem, by pójść do sklepu i dokupić kolejną bezwartościową rzecz. Dorastałem w latach 90'. Nie mieliśmy wymyślnych zabawek, tabletów, komputerów. Ale potrafiliśmy wymyślić sobie zabawę i to, uważam, było bardzo fajne. Moja babcia robiła lalki z siana i bawiła się nimi świetnie z koleżankami. Dzisiejszym dzieciom zabieramy możliwość rozwoju pomysłowości, podkładając im pod nos gotowe interaktywne zabawki.

To samo dotyczy dorosłych. Kiedyś do dobrej zabawy wystarczyła talia kart do gry. Można było nią grać w wista, brydża, tysiąca, układać przeróżne pasjanse. Wszystko to było możliwe dzięki jednej jedynej talii kart. Ludzie grali, spędzali ze sobą czas, śmiali się, zdrowo rywalizowali przy partyjce, nie wykosztowując się przy tym. Dzisiaj często siedzą przed telewizorem za wiele tysięcy, który posiada coraz więcej funkcji, z których i tak nikt nie korzysta, oglądają "Taniec z gwiazdami" i "Twoja twarz brzmi znajomo". Oddają się rozrywce, podczas której umysł ludzki cofa się w rozwoju.

Na koniec postawię pewną tezę. Jestem pewien, że gdybyśmy wszyscy, każdy z nas, naprawdę ruszyli głową, obudzili w sobie pomysłowość i zaczęli wykorzystywać wszystko, co umożliwia nam technologia, to cywilizacja rozwijałaby się jeszcze szybciej. Rozejrzyjmy się po tym, co posiadamy. Pobawmy się pomysłami. Do czego jeszcze mogę użyć tej czy tamtej rzeczy? Jak lepiej mogę wykorzystać posiadane przedmioty? Może mogę znaleźć dla nich jakąś nową funkcję?

piątek, 10 lutego 2017

Codex Gigas i rozważania nad dostępem do wiedzy

Po obudzeniu się zazwyczaj poświęcam czas na przejrzenie aktualności na Facebooku. Już słyszę w swoim umyśle głosy, jakie to niskie i słabe, jak bardzo nieduchowe i nierozwijające zajęcie. Pozwólcie, że wyjaśnię. Nie każdy używa Facebooka do oglądania zdjęć kotów, fotograficznych pamiętników z wakacji swoich znajomych, przeglądania albumów wypełnionych zdjęciami bobasów od dnia poczęcia, durnych memów. Tego portalu można naprawdę używać konstruktywnie i budująco. W mojej liście aktualności wyświetlają się wyselekcjonowane wiadomości dotyczące polityki, religii, filozofii, nauk społecznych, motywujące cytaty, itd.

Dzisiaj rano pośród stosu "niusów" pojawił się artykuł poświęcony niezwykłej księdze o nazwie "Codex Gigas" (pol. "Wielka Księga"), o której czytałem jakiś czas temu z racji swoich zainteresowań.

Jest to owiany tajemnicą średniowieczny manuskrypt, który powstał w Czechach na początku XIII wieku. Oprócz Starego i Nowego Testamentu księga zawiera również: encyklopedię "Etymologiae" Izydora z Sewilli, dzieła Józefa Flawiusza, "Chronica Boemorum" Kosmasa z Pragi, traktaty poświęcone m.in. medycynie, kalendarz z nekrologiem, magiczne formuły.

Jest niezwykłym źródłem informacji nie tylko ze względu na treść, lecz także ze względu na okoliczności i miejsce powstania. Badania wykazały, że ta księga, która mierzy 91 cm wysokości, 50 cm szerokości i 22 cm grubości, waży 75 kg, składa się z ponad 300 kart, na sporządzenie których użyto skór ze 160 cieląt, została napisana przez jednego człowieka. Jednego! Według różnych teorii pracował nad nią od 10 do 30 lat. Niezwykła miłość do ksiąg i zawartej w nich wiedzy.

Księga znana jest z występującego na 290 karcie rysunku diabła. To jest jedna z bardziej tajemniczych rzeczy dotyczących tego kodeksu. Księga została napisana przez benedyktyńskiego mnicha, przechowywana w benedyktyńskich klasztorze, a zawiera wizerunek diabła, a także kilka kart z magicznymi formułami. Nie od dziś wiadomo, że benedyktyni byli znani w całym ówczesnym świecie z przechowywania ksiąg z całego świata, w tym tych poświęconych magii, kabale i alchemii. Skoro te księgi przechowywali, musieli również posiadać wiedzę dotyczącą tych tematów, a niekiedy pewnie praktykowali owe sztuki. Musisz przyznać, że to niezwykle interesujące.

Według legendy, księgę sporządził mnich, który złamał regułę zakonną i został skazany na zamurowanie żywcem. Chcąc uniknąć kary, obiecał sporządzenie w ciągu jednej nocy (!) księgi, która przysporzy wiecznej chwały jego zakonowi. Wiedząc, że nie zdoła tego dokonać, sprzedał swoją duszę diabłu w zamiar za pomoc w wykonaniu tego zadania.

Po tym obszernym wstępie przyszedł czas na rozważania :)

Cały "Codex Gigas" można przeglądać w całości w internecie. Można przeglądać karty, powiększać określone obszary, czytać, podziwiać rysunki, ozdoby. W czasach, kiedy powstawał ten kodeks, ludzie niezwiązani z duchowieństwem oraz nie obracający się w kręgach uczonych nawet nie wiedzieli o istnieniu tej księgi. Część ludzi naprawdę zainteresowanych i wysoko postawionych wiedziała. I niewielka garstka spośród tych ostatnich widziała to dzieło. A dzisiaj? Dzisiaj każdy może sobie je obejrzeć. Ktokolwiek. Młody, stary, mężczyzna, kobieta, wykształcony, niewykształcony, biedny, bogaty. Każdy, kto tylko chce.

Pomyśl, jaki był dostęp do wiedzy w XIII wieku. Musiałbyś złożyć śluby, zostać mnichem, mieć dużo szczęścia, aby znaleźć się w zakonie, który przechowywał i zajmował się księgami i podróżować w trudach po całej Europie, Azji i Afryce, aby móc zobaczyć rzadkie dzieła. Była też inna możliwość, a mianowicie być bardzo, bardzo bogatym, aby stać Cię było na zakup ksiąg. Czemu bardzo bogaty? Ponieważ jeśli chciałbyś mieć swoją księgę, ktoś musiałby Ci ją przepisać ręcznie. Zapłaciłbyś krocie i czekał miesiącami, a czasami i latami.

Ludzie dawnych czasów nawet nie marzyli, że nadejdzie taki dzień, kiedy właściwie cała wiedza świata będzie dostępna na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj mogę kupić książkę na dowolny temat i mieć ją w domu. Mogę nosić całą bibliotekę w czytniku, który jest lekki jak malutka książeczka. Mogę znaleźć dobrą lekturę na dowolny temat używając smartphone'a noszonego w kieszeni.

I, jak na ironię, uogólniając oczywiście, używamy wszystkich tych niezwykłych urządzeń do poszukiwania i prezentowania światu głupot. Nie, nie jestem przeciwnikiem rozrywki. Lubię się pośmiać aż mnie boli brzuch. Ale czy nie jest to znakiem zmierzchu cywilizacji, że WIĘKSZOŚĆ ludzi mających dostęp do internetu WIĘKSZOŚĆ czasu spędza czytając coś, co nie ma żadnej lub ma bardzo niewielką wartość jeśli chodzi o poszerzanie wiedzy o świecie? Chyba każdy z nas przyzna, że to co najmniej smutne.

Ludzie żyjący w czasach, w których powstawał Codex Gigas dostaliby gorączki, gdyby przenieśli się w czasie do współczesności i zobaczyli, jaki dostęp do wiedzy umożliwia teraz technologia. Nie spaliby po nocach, zrezygnowaliby z jedzenia i wszystkich innych przyjemności, żeby godzinami, bez znużenia, chłonąć wiedzę. A my? Co my z tą możliwością robimy?

wtorek, 1 listopada 2016

Głos zza grobu, czyli o życiu, które zwycięża śmierć

 Dzisiaj mamy dzień Wszystkich Świętych. Jest to okres, w którym wspominamy naszych zmarłych, co niniejszym uczynię...

Od kilku tygodni przeglądam książki, które należały do mojego pradziadka. Nie ma ich bardzo wiele. Kilka poświęcone jest polityce, jest "Pan Tadeusz", a reszta... To właśnie jest dla mnie wielka tajemnica, która ostatnio spędza mi sen z oczu i towarzyszy całymi dniami.

Dziadek - chłop, syn chłopa, czynny uczestnik walk zbrojnych o niepodległość w I wojnie światowej, partyzant w czasie II wojny światowej, kochany ojciec, dziadek i pradziadek, prawdziwa głowa rodziny, sędziwy mędrzec, który łagodnością zdobywał bezwzględny posłuch.

Dziadek wychował się w rodzinie chłopskiej. Prawdopodobnie skończył tylko kilka klas szkoły podstawowej. A jednak znany przez wnuków z tego, że zawsze elegancko ubrany i o nienagannych manierach, zaczytany był w książkach. Nikt już się nie dowie, jaki zwrot dokonał się w jego życiu, że z chłopa stał się dżentelmenem w prawdziwie przedwojennym stylu. Mam po nim jedynie jego odznaczenia, fotografie i oczywiście... książki.

O książkach dziadka teraz... Wspomniałem już, że oprócz polityki i "Pana Tadeusza" były inne książki. To utwory dramatyczne, powieści, prace naukowe i filozoficzne. Na początku myślałem, że po prostu lubił taką literaturę, co i tak jest dziwne, zważywszy na to, że nie miał praktycznie żadnego wykształcenia i pochodził z chłopskiej rodziny tamtych czasów. Przeglądałem te stare księgi, kartka po kartce i od razu zwróciłem uwagę, że noszą one ślady czytania. Dziadek podkreślał ołówkiem wybrane fragmenty. Fragmenty, które widocznie go interesowały i poruszały. I z tych szczątków informacji złożyłem ciekawą teorię, którą chcę się podzielić z Wami.

Utwory dramatyczne i powieści pośrednio, a często wręcz bezpośrednio krążą wokół zwycięstwa ducha nad materią i, co najbardziej mnie zdziwiło - średniowiecznej europejskiej alchemii! A moją teorię wzmacnia fakt, jakie konkretnie fragmenty podkreślał w tekście.

Człowiek z prostej rodziny, bez wykształcenia, kupował drogie książki (widać to po jakości wydania, a znam się na tym nieco) i poszukiwał zasady życia, metafizycznej podstawy bytu. Chciał dowiedzieć się, skąd jest byt, dlaczego istniejemy i wierzył najwidoczniej, że duch nad materią panuje.

Tak oto pradziadek, którego nigdy nie poznałem; który nawet nigdy się mnie nie doczekał; który nie zostawił dzienników, choć wciąż ich poszukuję, bo jestem przekonany, że istnieją; ten pradziadek przemówił do swojego prawnuka zza grobu, pozostawiając potężne dziedzictwo mnie, jako człowiekowi, który poszukuje dokładnie tego samego. A dopiero niedawno dowiedziałem się, jak bardzo jestem podobny do dziadka: moja filozofia, waleczność, nieustępliwość, upór.

Pradziadek wierzył, że życie zwycięża śmierć. Wierzył w ducha, który przenika wszystko od kamienia po potężne narody. Wierzył w wieczną Ideę, potęgę ludzkiego umysłu. Wierzył, że wysiłki ducha mogą przekształcać otaczający nas świat.

Dziękuję Ci, Dziadku. Spoczywaj w pokoju, wielka duszo...



niedziela, 11 września 2016

Możesz żyć, ale możesz też Żyć

Jaka jest różnica pomiędzy życiem a Życiem? Czy żyjesz, czy też Żyjesz, drogi przyjacielu?

Życie... Słowo, którym opisujemy bardzo wiele różnorodnych zjawisk. Używamy go w sensie dosłownym w znaczeniu funkcji życiowych, stosujemy go metaforycznie, w kontekście religijnym, filozoficznym, socjologicznym. Termin, który kryje w sobie mnóstwo znaczeń.

Starożytna greka - język filozofów i myślicieli, posiadała znacznie większy zasób słów, dzięki czemu można było opisywać skomplikowane i subtelne rzeczy w sposób bardziej precyzyjny. Mówiąc o życiu Grecy używali różnych słów. Przyjrzymy się dwóm z nich, a mianowicie: "bios" i "zoe".

"Bios" to słowo, które powinno nam się z czymś kojarzyć. Pochodzą od niego przynajmniej dwa polskie rzeczowniki: biologia i biografia. Biologia to nauka o funkcjach życiowych, nauka o komórkach, tkankach, narządach, różnorodnych organizmach. Biografia to opis dziejów danego człowieka. "Bios" oznacza po prostu życie w sensie istnienia, trwania, środków do życia, sposobu życia, przebiegu życia. "Zoe" to zasada życia, życie samo w sobie, pierwiastek życia, życie duchowe, boskie, wyższe. Życie w znaczeniu jego pełni. Grecki czasownik "zoopoieo" oznaczał ożywiać, czynić żywym i był stosowany, kiedy mowa była o budzeniu ludzkiego ducha, kreatywności.

Mamy dzisiaj niedzielę i chcąc nie chcąc żyjemy w katolickim kraju. Nie jestem katolikiem, nawet trudno mnie określić mianem chrześcijanina, a jednak potrafię docenić duchową głębię płynącą z Biblii. Posłużę się więc Biblią, by przekazać Wam słowo na tę niedzielę.

W piątym rozdziale Księgi Rodzaju czytamy następujące słowa:

"Oto rodowód potomków Adama. 
Gdy Bóg stworzył człowieka, na podobieństwo Boga stworzył go; stworzył mężczyznę i niewiastę, pobłogosławił ich i dał im nazwę "ludzie", wtedy gdy ich stworzył.

Gdy Adam miał sto trzydzieści lat, urodził mu się syn, podobny do niego jako jego obraz, i dał mu na imię Set. A po urodzeniu się Seta żył Adam osiemset lat i miał synów oraz córki. Ogólna liczba lat, które Adam przeżył, była dziewięćset trzydzieści. I umarł.
Gdy Set miał sto pięć lat, urodził mu się syn Enosz. A po urodzeniu się Enosza żył osiemset siedem lat i miał synów oraz córki. I umarł Set, przeżywszy ogółem dziewięćset dwanaście lat.
Gdy Enosz miał dziewięćdziesiąt lat, urodził mu się syn Kenan. I żył Enosz po urodzeniu się Kenana osiemset piętnaście lat, i miał synów oraz córki. Enosz umarł, przeżywszy ogółem dziewięćset pięć lat.
Gdy Kenan miał lat siedemdziesiąt, urodził mu się Mahalaleel. A po urodzeniu mu się Mahalaleela żył Kenan osiemset czterdzieści lat i miał synów i córki. I gdy Kenan przeżył ogółem dziewięćset dziesięć lat, umarł.
Gdy Mahalaleel miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Jered. A po urodzeniu się Jereda żył osiemset trzydzieści lat i miał synów i córki. Gdy Mahalaleel miał ogółem osiemset dziewięćdziesiąt pięć lat, umarł.
Gdy Jered miał sto sześćdziesiąt dwa lata, urodził mu się syn Henoch. A po urodzeniu się Henocha Jered żył osiemset lat i miał synów i córki. Jered przeżył ogółem dziewięćset sześćdziesiąt dwa lata, i umarł. 
Gdy Henoch miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Metuszelach"
(według Biblii Tysiąclecia)

Mamy tutaj biografie (przypominam, że słowo to pochodzi od greckiego "bios") potomków Adama, według Biblii pierwszego stworzonego człowieka. Co możemy powiedzieć o tych biografiach? Ja mam jeden wniosek. Długie i nudne życie. Długie i nudne. I niestety, kiedy wielu z nas w przyszłości chciałoby zasiąść do zapisania swojej biografii, nie różniłaby się ona od biografii tych oto ludzi i tysiąca nam współczesnych. Urodził się, poszedł do przedszkola, poszedł do szkoły, ukończył szkołę, rozpoczął pracę, wziął ślub, dzieci się urodziły, dzieci dorastały, a on pracował, pracował, poszedł na emeryturę i umarł. I tyle... To jest właśnie "bios". Jak wielu znam starszych ludzi, którzy nie przeżyli życia, ale je, używając neologizmu, przeistnieli. Bo nie żyli, al istnieli. Plutarch z Cheronei, który był historykiem i opisywał życie różnych ludzi, autor słynnych "Żywotów", powiedział kiedyś takie zdanie: "Trzeba żyć, a nie tylko istnieć". "Bios" to istnienie, przetrwanie, jedzenie, picie, rozmnażanie się, chorowanie, umieranie. 

W innym fragmencie Biblii, w Ewangelii Jana, w rozdziale dziesiątych, czytamy słowa Jezusa z Nazaretu:

"Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć.
Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości"
(według Biblii Tysiąclecia)

W greckim tekście na miejscu naszego słowa "życie" występuje "zoe". Przypominam jest to zasada życia, życie pełne, życie ducha, życie wyższe, życie boskie. Kim jest ów złodziej? W Biblii jest to uosobienie sił zła, chaosu, zniszczenia, destrukcji, rozkładu. Dla mnie złodziejem jest po prostu system społeczny, w którym żyjemy, suma wszystkich stosunków społecznych, przekonań i mentalności. System, w którym człowiek jest ciągle zmęczony, zabiegany, zestresowany, niszczony z zewnątrz i od wewnątrz, wypławiany, uginający się pod ciężarem buta konsumpcjonizmu, wyczerpany pogonią za Bóg wie czym, wycieńczony wyścigiem szczurów, znękany pracą ponad siły, zdołowany przez troskę o byt.

A Jezus mówi o sobie, że przyszedł, aby jego owce, jego naśladowcy "mieli życie i mieli je w obfitości". Taki był cel wszystkich duchowych nauczycieli, filozofów, myślicieli, mędrców, szamanów, proroków. Taki jest też cel mój i innych, którzy studiują sprawy ducha i są wypełnieni troską o innych. A ten cel to nieść światło, życie, pokrzepienie, wiarę i nadzieję tym, którzy są w najbliższym otoczeniu.

Ktoś ostatnio zapytał mnie po co kolekcjonuję i zatapiam się w lekturze tych wszystkich setek książek, które posiadam w domu? Po co? Otóż po to, że one wszystkie karmią mnie manną z niebios, duchowym pokarmem tak bardzo potrzebnym człowiekowi od wieków na wieki, a którego to pokarmu tak bardzo w dzisiejszych materialistycznych czasach brakuje. Chcę zbierać ten pokarm, jeść i dawać innym, abyśmy spożywali go wszyscy.

Przyjacielu, możesz żyć, ale możesz też Żyć. Możesz mieć życie przez małe "ż", ale tak naprawdę jako korona stworzenie, majstersztyk milionów lat ewolucji, jesteś powołany do tego, aby Żyć przez wielkie "Ż".

Każdy z nas musi się narodzić na nowo. Każdy musi wracać do swojej przystani, zmywać z siebie codzienność, siadać w ciszy i szukać życia. Po prostu musimy. Zdmuchujmy kurz powszedniego dnia i sięgajmy pod spód. Szukajmy życia, jego pełni, boskiej iskry i rozpalajmy ją. Znajdujmy w sobie dziecko, pozwalajmy sobie na beztroskę. Podajmy dłoń tym, którzy potrzebują. Uśmiechajmy się. Żyjmy...